Franciszkanki Misjonarki Maryi
MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA
Prowincja Europy Środkowej i Wschodniej

Dziennik pisany przez s. Zofię Szeptycką, fmm w lipcu, sierpniu i wrzesniu 1944r. w klasztorze w Warszwie przy ul. Racławickiej 14.

Lipiec 1944 r.

Z końcem lipca daje się zauważyć niezwykłe ożywienie. Armie niemieckie wycofują się. Auta wojskowe i cywilne zatarasowują ulice – ruch niezwykły, powszechny. Siostry nasze prawie już nie wychodzą z domu. Staramy się być razem na miejscu w klasztorze. W jednym z tych ostatnich dni lipca Opatrzność Boska przysyła nam nadspodziewanie nieoczekiwany zapas żywności, sposobem zaiste pełnym miłości. Siostry nasze trafiły na przymusową likwidację jednego z magazynów cukru. Ofiarowano im z tej racji pół worka cukru. Było to coś, co nam się nie przydarzyło od 1939 r. Nazajutrz wczesnym rankiem rzeźnik, którego zaledwie znałyśmy, przysłał gońca, żebyśmy prędko przyszły do niego po 50 kg mięsa przygotowanego dla wojska i dla rannych, których już nie było, bo wszyscy uciekli. Od lat dom nie miał i nie widział takich zapasów mięsa. Z trudem przynosimy je, dziękując Bogu, który wiedział, po co potrzebne nam były w tej właśnie chwili takie zapasy !

27, 28. VII. Co noc, a nawet w ciągu dnia mamy samoloty rosyjskie, które bombardują miasto. Porządkujemy po trochu suterenę, by w razie potrzeby można było tam zamieszkać.

Niedziela 30. VII. Odwiedza nas Ksiądz Proboszcz kościoła św. Michała. Jest to wizyta jakby pożegnalna.

Poniedziałek 31. VII.Ponieważ wstawanie w nocy za każdym nalotem jest zbyt męczące dla Matki Prowincjalnej, jak również schodzenie do kaplicy, przenosimy M. Prowincjalną na małą trybunkę przy kaplicy. Jest ona malutka, ale wydaje się bezpieczniejsza od pokoju na I piętrze. Ostatnią rekreację mamy w przedchórzu.  

Sierpień 1944

Wtorek 1. VIII. Dzień piękny, słoneczny. W ciągu dnia daje się słyszeć syrenę w sposób niezwykły. Po raz drugi w czasie Oficjum przed 17.00. Nie orientujemy się w sygnałach. Nagle ze wszech stron strzelanina, krzyki. Kule gwiżdżą: nie ma wątpliwości, że to powstanie. Po nabożeństwie przenosimy sienniki do suteren i schodzimy tam z Matką Prowincjalną. Pozostanie na piętrze jest niemożliwością ... Urządzamy ołtarz w szatni dziecinnej przedszkola i Ks. Kapelan przenosi tam Najśw. Sakrament. Zgromadzenie instaluje się w refektarzu, na korytarzu, w prasowalni i w pomieszczeniu, gdzie się zmywa naczynia. Dwie nasze siostry powstanie zastało w mieście. Jesteśmy niespokojne co się z nimi dzieje. Wieczorem wraca nasz dozorca cały we krwi. Ma przestrzelone obie ręce. Układamy go w suterenie po stronie przedszkola. Straszna noc – pożary, wokoło strzelanina.  

Środa 2. VIII. Msza w suterenie. Pan Jezus pozostanie tam z nami do końca. Dziś Matki Bożej Anielskiej, ale niemożliwością jest pomyśleć nawet o odpustach przywiązanych do dzisiejszej uroczystości. Dzień dżdżysty, co utrudnia ogromnie walkę. Młodzież jest nieco zniechęcona z powodu braku broni i oczekiwanej pomocy. Nasza dzielnica, z wyjątkiem kilku bloków, jest już w polskich rękach. Przynoszą nam pierwszych rannych, których opatrujemy. Grupami całymi przybywają uciekinierzy, szukając u nas schronienia. Umieszczamy ich na parterze i w suterenie.    

Czwartek 3. VIII.  Dzisiaj już nie pada, ale leje. Po raz pierwszy „tygrys”, ogromny czołg daje się słyszeć. Lufy jego wyrzucają pociski w kilku kierunkach. Nagle, ku naszemu przerażeniu, objeżdża naokoło nasz dom i staje przed kaplicą. Ale Bóg czuwa nad nami. Czołg zabiera swoich rannych i odjeżdża, nie czyniąc nam nic złego. Każdego wieczoru mamy odtąd krótkie błogosławieństwo i absolucję in articulo mortis, żebyśmy były spokojne i przygotowane na chwile niebezpieczeństwa.  

Piątek 4. VIII. Dzień dżdżysty – zniechęcenie, panika... Na sąsiednich ulicach Ukraińcy mordują i palą wszystko wokoło. Noc straszna. Uciekinierzy napływają.  

Sobota 5. VIII. Ksiądz Usas, kapelan SS. Niepokalanek, nie mogąc dotrzeć do Sióstr, chroni się u nas. Mamy około 200 uciekinierów. Dajemy im 3 razy dziennie jeść i co możemy z ubrania. Jest między nimi grupa dzieci (30). Siostry zajmują się nimi, uczą je. Dwaj księża prawie stale spowiadają, chrzczą. Nadchodzą nowe przerażające wiadomości: nieprzyjaciel zbliża się... Przelatujący nad nami samolot rzuca nam granat, który robi dziurę w dachu, ale nic poza tym.  

Niedziela 6. VIII. Noc spokojna. Rano kanonada. Pociski gwiżdżą. Nagle straszna detonacja, huk... Biegniemy zobaczyć co się stało: pocisk padł na mały domek nasz na dziedzińcu i zniszczył go prawie doszczętnie. Całe szczęście, że nie wybuchł pożar. Dzień względnie spokojny. Zaczynają mówić coś o kapitulacji. Dociera do nas pierwsza wiadomość o s. Cyryli, która miała straszne przejście.  

Poniedziałek 7. VIII. Wiadomości nieco lepsze. Młodzież otrzymała posiłki w broni. Rano pierwsza Komunia św. jednego z przygarniętych dzieci. Dziewczynka wobec niebezpieczeństwa błagała usilnie o Komunię św. Uszczęśliwiona i uśmiechnięta, chociaż z dala od najbliższych (o matce swojej nic nie wie). Radością swoją dzieli się ze wszystkimi. Na Mszę św. ubieramy ją na biało. Wygląda jak mały aniołek. „Tygrys” szerzy straszliwe zniszczenie przez całe popołudnie.

Wtorek 8. VIII. Ranek spokojny. Po południu 3 „tygrysy” dają ognia. Odcinają elektryczność.

Środa 9. VIII.  Noc spokojna. Liczba chroniących się u nas uciekinierów dosięga 250 osób. Na Mszach św. prowizoryczna kaplica wypełniona po brzegi. O godz. 14.30 po dość długiej rekreacji w refektarzu decydujemy się na wspólne odśpiewanie nieszporów przed Najśw. Sakramentem. Ale zaledwie zaintonowano: „Deus in adiutorium meum intende...”, gdy z przerażającym hukiem nadleciały samoloty. Ziemia drży od ciężkich bombowców... Po chwili druga, trzecia... Straszliwe detonacje. Wszystko się trzęsie i kołysze... Krzyk, przerażenie, panika... Uciekinierzy nasi rzucają się do nas... Tłoczą się, niemal duszą... Chce się uciekać... Każdy instynktownie rzuca się do ucieczki, ale nie wiadomo gdzie. Poza tym nic nie widać. Wydaje się, że to nasz dom jest w tej chwili bombardowany. Ale nie, Bogu dzięki, powoli wszystko się ucisza. Celem nalotu była ulica Odyńca. W nocy niemożliwe zamknąć oczy. Siedzimy całą noc w naszej prowizorycznej kapliczce w suterenie na małych przedszkolnych krzesełkach, powtarzając akty strzeliste za każdym odgłosem przelatujących samolotów, które bombardują centrum miasta.  

Piątek 11. VIII.  Noc ciężka. Działa bombardują miasto. W ciągu dnia „tygrys” szerzy zniszczenie. Mury drżą i zdają się rozsypywać.  

Sobota 12. VIII. Od północy armaty rozpoczynają swoją piekielną muzykę, ale na szczęście pociski przelatują wzdłuż domu nad nami. Od świtu zaczyna „tygrys”. Wielka radość, bo to św. Klara przyprowadza nam zaginioną s. Zygmuntę, która była o krok od śmierci, ale mimo strasznych przejść udało jej się przedostać przez całą dzielnicę i dotrzeć szczęśliwie do domu. Sytuacja staje się rozpaczliwa.

Niedziela 13. VIII.  Dzień modlitw za nasz nieszczęśliwy kraj. Od rana trwają nieprzerwanie adoracje – kobiety i dziewczęta kolejno się zmieniają. Mężczyźni i dzieci mają wspólną adorację. Matka Prowincjalna zachęca nas do ufności i gorliwości. Podziwiamy jej ufność, pokój i męstwo. Od czasu do czasu, gdy jest nieco spokojniej, udaje się Matka na parter do przedchórza, by zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. To nas jednak niepokoi, bo nie trudno tam o wypadek. W istocie rzucił „tygrys” całkiem niespodziewanie pocisk, który padł w przedchórzu o parę kroków od miejsca, gdzie siedziała Matka Prowincjalna. Mimo bezustannej kanonady działowej w nocy, M. Prowincjalna zapewnia nas, że nigdy tak dobrze nie sypiała jak w składziku w suterenie. Jeden tylko raz na nasze usilne naleganie, kiedy niebezpieczeństwo wydawało się bliskie, Matka wstała w nocy. Dla jej prawie 80 lat nie było to rzeczą łatwą. Większość Zgromadzenia spała w ubraniu. Codziennie dla naszej pociechy wyciągała M. Prowincjalna werset z psalmów Oficjum. Wszystkie zachęcały nas do bezgranicznej ufności, a w dni, które miały być najstraszniejsze, najczęściej wyciągała Magnificat. Odmawiałyśmy je najwierniej wieczorem i z wielką wdzięcznością. Noc fatalna. Nalot i bombardowanie Okęcia. Samoloty sprzymierzeńcze spuszczają broń, z czego wywiązuje się walka powietrzna. Ponieważ nasi atakują „tygrysa”, strzelanina czołgu nie ustaje ani na chwilę. Nie ma mowy o tym, by można było usnąć choćby na moment. Nie możemy już przyjmować uciekinierów, którzy stale napływają: parter i suterena są przepełnione. Z bólem serca odmawiamy im, prosimy, by gdzie indziej szukali schronienia.

Wtorek 15. VIII. Wniebowzięcie NMP. Mamy trzy Msze św. Trzykrotnie nasza kaplica wypełnia się po brzegi. Mnóstwo stoi na schodach, nie mogąc się udać do kościoła parafialnego, gdyż przejście do niego należy do najniebezpieczniejszych. Żołnierze licznymi grupami przybywają na Mszę św., przystępują do Stołu Pańskiego. Z całej ich postawy przebija iście anielska pobożność. Biedne dzieci ci „nasi chłopcy...”. Tak młodzi, niewinni, tak pełni zapału i poświęcenia. Zamykają nam wodę, a tym samym nie można gotować na płycie. Mała kuchenka była w domku na dziedzińcu, ale uległa niestety zniszczeniu. Musimy się z konieczności zadowolić małym żelaznym piecykiem w prasowalni i nosić wodę ze studni, która na szczęście mamy na dziedzińcu. Wraca s. Cyryla. Jakaż to radość ! Miała być żywcem spalona, a wraca żywa i zdrowa.  

Czwartek 17. VIII. Noc dość spokojna, podobnież dzień. Rozpoczynamy nowennę do Matki Boskiej Częstochowskiej. Otwierają wodę.

Piątek 18. VIII. Noc bardzo niespokojna. Dniem „tygrysy” szerzą spustoszenie. U naszych sąsiadów odłamek pocisku zabija ojca rodziny. Staramy się pocieszyć i uspokoić zbolałą wdowę.    

Sobota 19. VIII.  Wstajemy o 4-tej. Pociski padają wprost na nas. Księża z trudnością kończą Mszę św. Dom się trzęsie, pociski pękają. Co za piekielny hałas ! Modlimy się nieprzerwanie. Spowiedzi bardzo liczne. Mały żołnierzyk, jeden z „naszych chłopców” przesadza mur w ogrodzie, biegnąc pod kulami: „Siostro, siostro, gdzie jest kaplica? Chciałem się wyspowiadać”.  

Niedziela 20. VIII.  Trzy Msze św. – dzień modlitw, ubłagania. Czynimy gwałt niebu. Dzieci modlą się serdecznie, gorąco, cisną się do samego ołtarza. Czują się tam bezpieczniej. Pożary, walka wokoło...  

Poniedziałek 21. VIII. Msza św. w intencji ubłagania pomocy Najśw. Panny. Zaczyna braknąć odwagi. Najczarniejsze wieści dochodzą ze wszech stron. Katedra runęła. Pożary otaczają nas kołem. Żadnej znikąd pomocy. Chłopcom brak broni. W ciągu dnia kule „tygrysa” i pociski wszelkiego rodzaju zasypują nas i tuż obok domu wybuchają. W nocy przynoszą nam ciężko ranną kobietę, która umiera. Ponieważ mamy formę do pieczenia opłatków i trochę białej mąki, przygotowujemy hostie dla wszystkich sąsiednich kaplic, które nie mają sposobu zdobyć ich. Co za pociecha, że możemy to ułatwić !    

Wtorek 22. VIII.  Wczesnym rankiem przynoszą ranną. Księża dysponują ją na śmierć, która przychodzi wieczorem. Grzebiemy ja w chwili spokojniejszej w ciągu dnia w naszym ogrodzie. Zapasy bardzo szczupłe żywności zaczynają się wyczerpywać. Były one niewielkie, a nikt nie przewidywał, że trzeba będzie gotować na 300 osób. Robactwo nam dokucza, a nie ma sposobu zaradzić na to, bo niektórzy z uciekinierów są zawszeni. Nie ma mowy o myciu, a wszyscy sypiamy w ubraniu. Pralnia działa, borykając się z nadzwyczajnymi trudnościami (brak wody, miejsca na suszenie, ciągła strzelanina), a wszyscy nasi uciekinierzy, jak się okazuje, obfitują w robactwo.    

Środa 23. VIII. Kanonada jak zwykle. Po południu olbrzymi pocisk uderza w nasz dom na wysokości drugiego pietra, właśnie nad naszą obecną prowizoryczną kaplicą, ale znacznie wyżej. Robi potężny wyłom w ścianie, niszczy korytarz. Wstrząs przerażający – ogólna panika. A oto nagle zaczyna po schodach lać się z góry woda. Niebawem napełnia naszą obecną kaplicę. Panika wzrasta: dzieci krzyczą, rodzice - i w ogóle dorośli - cisną się przy klauzurze zamiast iść i ratować. Zamykamy prędko wodę, ale to nic nie pomaga. Woda w kaplicy podnosi się z przerażającą szybkością. Czy ulegniemy zatopieniu jak tyle innych domów ? W końcu wyjaśnia się tajemnica: kaloryfery uległy uszkodzeniu – stąd przyczyna potopu. Z trudnością udało nam się obniżyć poziom wody i zatrzymać z Bożą pomocą zagrażającą katastrofę. Po raz pierwszy nowy rodzaj broni szerzy spustoszenie: to miotacze min i ognia przerażają nas swoim „kręceniem”, po którym następuje 6 po sobie kolejno wybuchających detonacji i 6 straszliwych wstrząsów. Szyby latają w powietrzu, drzwi wypadają z zawiasów, futryny wala się na korytarzu, łóżka spacerują jak w czasie trzęsienia ziemi. Te straszliwe potwory noszą powszechnie przyjętą nazwę „krów”, chociaż w niczym nie przypominają naszych poczciwych żywicielek o dobrych, łagodnych oczach. Samoloty bombardują parafialny nasz kościół św. Michała i poważnie uszkadzają go. Noc spędzamy na ławach modląc się.  

Czwartek 24. VIII.  Nic szczególnego. Opowiadają, że dom sióstr Niepokalanek, naszych sąsiadek uległ spaleniu, a szpital sióstr Elżbietanek na pół zburzony.  

Piątek 25. VIII.  Od północy pojedynek artylerii rosyjskiej z Pragi, która została zdobyta, z Niemcami. Cała akcja odbywa się nad naszymi głowami. Około południa „krowa” znów szerzy spustoszenie. Resztki naszych szyb wypadają. Jeden z zapalających pocisków pada na sąsiednią fabrykę Makarewicza, a drugi o kilka metrów dalej na fabrykę chemiczną. Obie naprzeciwko nas od strony Misyjnej. W mgnieniu oka cała fabryka stanęła w płomieniach, a ponieważ miała zapasy węgla, smoły, benzyny itd. płomienie wzbijały się coraz wyżej, detonacje jedne po drugich i to tuż przy nas ! Pożar trwa całą noc. nasze okna szeroko otwarte, a raczej wyrwane, sprawiają nam wiele niepokoju, ale i tym razem Pan Jezus nas strzeże, cudownie ochrania.

Sobota 26. VIII. Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej. Ach, jak gorąco błagamy o pomoc naszej słodkiej Królowej nieba! Z rana już od Mszy św. zaczynają grzmieć działa. Dzień jednak jest możliwy, ale noc bardzo zła.  

Niedziela 27. VIII. Dzień straszny. Od rana miotacze ognia zaczynają swoje niszczycielskie dzieło. Pożary srożą się wokoło, a kiedy ludność rzuca się, by je gasić, zjawiają się samoloty i sieką tych nieszczęśliwych nieprzerwanym ogniem karabinów maszynowych. Pociski ze złowieszczym świstem lecą z góry jak grad piekielny. A dwie siostry wyszły tylko co do sąsiedniej piekarni w nadziei, że może uda się zdobyć nieco chleba. Dzięki Bogu, ukryte za murem wróciły całe i zdrowe. Zdobycie żywności przedstawia niemałe trudności. Pomaga nam nieco Komitet jak również sąsiedzi. Uciekinierzy przynoszą również co mogą, zdobywając to trochę z narażeniem życia. Mamy jeszcze mały kawałek pola z kartoflami, o trzy ulice od nas, ale jak tam dojść ? Nadszedł dzień, w którym trzeba było jednak tam się udać. Dwie siostry i dwie kobiety z naszego schronu, idąc wzdłuż murów, poprzez rowy i barykady, dotarły do pola i tam na kolanach darły kartofle rękami i wracały biegiem, skulone we dwoje, z workiem na plecach. Na nieszczęście połowa kartofli była już wykopana. Zrobili to na pewno głodni...  

Odczuwa się palący brak wody, a nasza studnia zaczyna już wysychać. Cała niemal dzielnica w chwilach spokojniejszych przekrada się do nas po wodę. Od wczesnego ranka wywiązuje się prawdziwa wojna, by zdobyć najniezbędniejsza dla nas ilość wody i utrzymać jaki taki porządek w tłumie, który kłóci się między sobą, usiłując zdobyć nieco wody. Kanalizacja również nie funkcjonuje. Trzeba więc kopać w ogrodzie doły i to bardzo szybko, gdyż nie wiadomo, jak długo potrwa tam względny spokój.  

Nasze siostry ogrodniczki dają dowody niezwykłej odwagi, udając się w głąb naszego ogrodu, zresztą niewielkiego, by zebrać owoce lub wykopać resztę kartofli, a nie można tego robić bez narażenia w każdej chwili własnego życia. A właśnie tego pamiętnego 26. VIII. po południu padł w naszym ogrodzie o 30 kroków od domu zapalający pocisk. Wstrząs straszliwy ! Gęsty dym w jednym mgnieniu oka napełnił ogród. Zrobiło się ciemno, mimo że piękne słońce oświecało ziemię. Przerażenie ogromne, gdyż w pierwszej chwili niemożliwe było zorientować się, gdzie padł pocisk i czy to nie jest pożar domu. Nie, to są drzewa w ogrodzie. One stały się pastwą niszczycielskich płomieni i w jednej chwili zielony owocujący ogród zamienił się w martwą popielistą pustynię.  

Poniedziałek 28. VIII. Noc spędzamy na ławach i dziecinnych krzesełkach na korytarzu. Msza św. w intencji zachowania domu od zniszczenia. Chwilami wydaje się, że dom się nie oprze, że musi runąć. Przez cały dzień „krowa” wścieka się na nas. Opowiadają, że Siostry Nazaretanki na Czerniakowskiej były podobno oblegane i zdobyte przez naszych chłopców. Biedne !  

Wtorek 29. VIII. Od rana działa i „krowy” biorą na cel szpital sióstr Elżbietanek. Około południa nadbiegają nam powiedzieć, że szpital sióstr Elżbietanek runął i że za kilka minut rannych, którzy żyją przyniosą do nas. Była to jedna z najstraszniejszych dla naszej ufności chwil ! Szpital u nas – to pewność, że nazajutrz będziemy bombardowane i podzielimy los sióstr Elżbietanek. A gdzie pomieścić 250 uciekinierów ? Ze łzami uciekamy się do mocy św. Józefa. A oto przynoszą nam już tych biednych rannych. Czarni są, na pół żywi, na pół ubrani: mężczyźni i kobiety. Żadnego przy nich lekarza, tylko jakiś impertynencki kapral, który obchodząc klauzurę decyduje, że musimy zewsząd ustąpić, pozostając jedynie na korytarzu lub w refektarzu i to musi dla nas wystarczyć ! Św. Józef czuwa ! Pozbywszy się kaprala znosimy nasze łóżka, odstępujemy połowę naszych sienników (odtąd 3 siostry śpią na jednym sienniku). Nasi uciekinierzy przerażeni widokiem rannych i żołnierzy rzucili się do ucieczki w przekonaniu, że nic już teraz domu nie uratuje.

Sutereny opróżniają się do połowy, umieszczamy więc tam rannych, a Najśw. Sakrament przenosimy do refektarza. Nareszcie koniec z przenoszeniem. Matka Prowincjalna udaje się na adorację. My kończymy porządkowanie. Boże Święty ! Oto miotacz znów „kręci”... Jeden... dwa... trzy ... – sześć straszliwych wstrząsów, wszystkie miny padają na nas. Resztki okien wypadają, szafy przewracają się na rannych, dzieci krzyczą, chorzy wzywają nas na pomoc, inni chcą uciekać. Gęsty kurz napełnia powietrze. Nic nie widać – dusimy się. Matka Prowincjalna słyszą „nakręcanie” miotacza ma tylko tyle czasu, by schylić głowę i ukryć twarz. Padają na nią wszystkie rozbite szyby, ale na szczęście nic się złego nie stało. Jedna z sióstr widząc co się dzieje, rzuca się na Matkę Prowincjalną, żeby ją zasłonić, ale w rezultacie zamiast pomóc płacze i krzyczy. Nareszcie wszystko się uspokaja. Z głęboką ku Jezusowi wdzięcznością stwierdzamy, że nikt nie odniósł poważniejszej rany: chorzy i dzieci doznali zadraśnięć, ale dom stoi jak przedtem, tylko fabryka znów w ogniu. Najśw. Sakrament trzeba przenieść w bezpieczniejsze miejsce, ale gdzie takiego szukać ? Wybieramy korytarz w suterenie i tam pozostanie z nami Jezus do końca, dzieląc z nami życie dniem i nocą, otoczony miłością i ufnością tak wielką, do jakiej biedne ludzkie serca są zdolne (Duży promienisty, namalowany na ścianie krzyż zaznacza do dzisiaj miejsce, gdzie stał ołtarz - dopisek maszynistki). Spędzamy więc noc na korytarzu z naszym Boskim Zbawcą. Adoratorki dniem i nocą zmieniają się kolejno u Jego stóp.  

Gdy dzień jest nieco spokojniejszy pracujemy, jemy i śpimy w refektarzu, ale w chwili, gdy niebezpieczeństwo staje się groźniejsze, chronimy się na korytarz, gdzie czujemy się bezpieczniejsze przy naszym małym ołtarzyku. Tylko nasi dwaj Mojżesze: M. Teresa i S. Marta nie są w stanie opuścić swych łóżek, a S. M. Sława z wielkim poświęceniem pozostaje z nimi, by im pomagać, chociaż sama ma nogę w gipsie. Ileż razy łóżka naszych drogich chorych były pokryte szkłem, cegłami, odłamkami jeszcze gorących pocisków, które nie wyrządziły im najmniejszej krzywdy ! Strząsano kołdrę i wszystko było skończone. Nasze biedne Siostry kucharki muszą teraz gotować o 2 po północy, w ciągu dnia bowiem widok dymu ściąga samoloty i bombardowanie.

O 4 rano znów cała grupa udaje się po wodę, dopóki jest jeszcze ciemno i zanim ludzie przyjdą do studni. Studnia na domiar wszystkich trosk i braków wysycha. Po całonocnej przerwie zaledwie kilka pełnych wiader wyciągnie się na raz. Wieczorem, około 9-10-tej biegnie się znowu po wodę, ale tym razem połączone to jest z większym niebezpieczeństwem. Niejednokrotnie w czasie tych wypraw po wodę nieprzyjaciel oświetlił ogród albo co gorsza zaczynał strzelać i kule jak jasne, złociste gwiazdeczki płynęły nieprzerwanym sznurem, a wtedy pozostawiając wiadra trzeba umykać do domu i kryć się za ściany. Uciekinierzy nasi uciekli, to prawda, ale zostały dzieci i starcy, i musimy gotować i prać dla rannych i dla szpitalika z naprzeciwka, co daje w sumie znów poważną liczbę 300 osób. Co więcej, odtąd dwie siostry muszą stale dyżurować przez całą noc, gdyż wszystkie drzwi i bramy są zniszczone, a jedyna brama cała i nieuszkodzona musi pozostać przez całą noc otwarta ze względu na rannych oraz lekarzy, którzy chodzą między jednym a drugim szpitalikiem. Chleb dzieli się na porcje. Na obiad mamy już tylko coraz rzadszą i w dodatku prawie postną zupę. Nic dziwnego, że przy takim stanie rzeczy zaczynają wszyscy padać z osłabienia.  

Środa 30. VIII. Od świtu opuszczają nas obaj księża. Ksiądz Kapelan obiecuje wrócić. Wszyscy są przekonani, że jesteśmy skazane na zagładę, ale my powtarzamy z ufnością: „In te, Domine, speravi !” Ksiądz Kapelan wraca rano dla odprawienia Mszy św., ale zaraz potem wraca do kościoła św. Michała, który ma być lepszym od naszego domu schronem. Rano pocisk z miotacza pada w naszym ogrodzie, drugi kończy ruiny domku na dziedzińcu. Pociski raz po raz wybuchają w naszym ogrodzie, który przedstawia opłakany widok. Nadlatują nieprzyjacielskie samoloty i wywiązuje się straszliwa powietrzna walka z samolotami rosyjskimi.    

To wszystko dzieje się nad naszymi głowami. Odtworzyć tę piekielną scenę jest niemożliwością. Ma się pewność, że przechodzi ona wszelkie okropności. W nocy zaczynają grzmieć działa. Niektóre wstają, żeby się modlić, drugie umęczone śpią snem sprawiedliwych. Nagle „krowa” zaczyna „kręcić” i w tej samej chwili dzieje się coś niesłychanego: wszystko leci, pada, przewraca się, fruwa, światło gaśnie, dom zda się zawalać... Jakiż przestrach ! A światła nie można zapalić, żeby się przekonać co się stało wewnątrz domu, zanim nie zabezpieczy się okien, zawieszając je resztkami porwanego papieru i podartymi dywanami. Wszystko gotowe. Prędko do rannych, potem do Matki Prowincjalnej... Nikt nie został zabity, ani nawet ranny... Dzięki Ci, Boże ! Nazajutrz Pan Jezus chce nam pokazać namacalnie cud tej nocy. Przypominamy sobie, że na strychu jest jeszcze trochę fasoli, schowanej w żelaznym rezerwuarze do wody, obecnie nieczynnym. Trzeba ja znieść. Biegniemy na strych i cóż tam widzimy ? Połowa dachu znikła, a w rezerwuarze obok worka z fasolą spoczywa spokojnie olbrzymi pocisk miotacza min, który wystarczyłby, by zniszczyć połowę domu; próżny jest częściowo, ale nie wybuchł całkowicie.

Uniósł połowę dachu, potem położył się spokojnie, nie czyniąc krzywdy naszej fasoli ! Jak po tym wszystkim nie zdać się na Opatrzność, nie zaufać Jej całkowicie ? Ksiądz Kapelan znów nas opuszcza po Mszy św. Następuje złowieszcze milczenie albo raczej cisza, która nic dobrego nie wróży. Mówią o ultimatum, o strasznym bombardowaniu. Matka Prowincjalna zachęca nas, żebyśmy się ukryły pod płaszcz Maryi Niepokalanej, u stóp Jej Syna.

Nawet w tak straszliwych przeżyciach, jakie stały się naszym udziałem w ciągu tego długiego miesiąca, zdarzały się zabawne momenty. S. M. Majola, która tej nocy pamiętnej spała „uczciwie”, rozbudzona z głębokiego snu przez miotacza min, zerwała się na równe nogi i rzuciła się do ucieczki, ale nie mogąc trafić do drzwi refektarza, rzuciła się do okienka, którym normalnie podaje się posiłki do refektarza, przewracając po drodze parawan. „Ratunku – wołała – refektarz zawalony, zasypało mnie, jestem żywcem pogrzebana ! Pomóżcie mi !” Nadbiegają siostry: „Ależ Siostro, proszę wyjść drzwiami. To daleko prostsze niż gramolenie się oknem”. „Nie, nie – to niemożliwe ! Drzwi są zasypane. Ratunku ! Proszę mi pomóc !” Ponieważ S. M. Majola jest dość wysoka, a wszędzie panowały ciemności, nie było rzeczą łatwą wydobycie jej z rzekomo zawalonego refektarza, gdyż nie udało się jej przekonać, by wyszła drzwiami, bo to było o wiele prostsze. Śmiejąc się serdecznie, mimo co przeżytego przerażenia, pomogłyśmy jej wyjść okienkiem.

Wrzesień 1944 r.

Piątek 1. IX. 1944 r. Noc względnie spokojna. Miasto przechodzi bombardowanie. Obserwujemy całe eskadry samolotów, które wznosząc się znad lotniska, przelatują nad naszymi głowami, kierując się ku śródmieściu.
Ksiądz Kapelan wraca na dobre. Dzięki Bogu ! Tylu rannych potrzebuje spowiedzi i pomocy kapłańskiej, a ksiądz Zieja, kapelan wojskowy, leży między rannymi. Biedni nasi drodzy chłopcy ! Jacyż oni są budujący i takimi chyba pozostaną do końca ! Okryci przerażającymi ranami, cierpią bez skargi, a każdego ranka domagają się głośno Komunii św., by mieć siłę do cierpienia. Ileż razy w naiwnej niewinności, bo trudno to inaczej nazwać, zwracają się do siostry, która towarzyszy kapłanowi: "Siostro, chciałbym przyjąć Komunię św., ale zniecierpliwiłem się i zakląłem, co robić ?" "Proszę zapytać Księdza" - pada rada. kapłan zbliża się trzymając Pana Jezusa, uśmiecha się, uspokaja albo rozgrzesza i podaje upragnioną Hostię, kryjącą Boga. Nie jest rzeczą łatwą dla kapłana przedostanie się do rannych, którzy pragną komunikować. Łóżka stoją jedno tuż przy drugim tak blisko, że kapłan musi czasami wchodzić na łóżko jak na pomost, a na przejściu leżą biedacy, którzy nie mają miejsca, pozostają więc tam na noszach. Gdy śmierć się zbliża, młodzi wojacy przyjmują ją spokojnie, a nawet z radością - z różańcem w ręku, imieniem Jezusa i Maryi na ustach, oddają swe czyste dusze Bogu.

Sobota 2. IX. Kanonada trwa przez cała noc bez przerwy. Samoloty bombardują miasto. Po południu 5 wielkich bomb uderza w parafialny kościół mokotowski św. Michała i burzy go kompletnie. Podobno zawartość puszki z rozbitego tabernakulum rozsypała się między gruzy.

Niedziela 3. IX. Przez całą noc nie można zamknąć oka: pociski gwiżdżą, granaty rozrywają się. "Tygrys" się sroży!

Poniedziałek 4. IX. Nareszcie możemy nieco odetchnąć i spocząć. Imieniny Matki Prowincjalnej, ale jakie smutne ! Poza modlitwami nic nie możemy jej ofiarować, ani nawet nie ma sposobu złożyć życzeń...

Wtorek 5. IX. Noc niemożliwa. Nie można nawet zmrużyć oka. Modlimy się... Niektóre śpią na korytarzu lub pod stołami w refektarzu (zdaniem niektórych sióstr to miejsce gwarantuje większe bezpieczeństwo !) Bombardują miasto. Głód zaczyna się srożyć. Nawet żołnierze nie mają już chleba. Kartofle są produktem niemożliwym do zdobycia. Z chwilą, gdy ktoś się dobierze do kartofli, by ich nieco z ziemi wygrzebać, nieprzyjaciel zniża się
z samolotem i siecze ogniem karabinowym. Wiadomości nie pocieszające. Liczne dzielnice padły, musiały się poddać. 6, 7 IX. dni i noce znośniejsze.

Piątek 8. IX. Od północy kanonada działowa. Jedna z sióstr idzie do "łóżka". Układamy ją w kącie refektarza na podłodze. Z obawy przed zarazą dajemy jej siennik do jej wyłącznego użytku, ma bowiem, jak się okazuje, silna anginę.
Mimo przepełnienia w domu z powodu rannych w szpitalu, przyprowadzają nam stale pogubione przez rodziców dzieci. Liczba uciekinierów wzrosła do 60. Wiele dzieci choruje. Mała kilkumiesięczna dziecina umiera, by spocząć snem wiecznym w naszym ogrodzie. Opowiadają rzeczy przerażające, ścinające krew w żyłach: na sąsiednich ulicach uciekinierzy zostali żywcem spaleni lub porozrywani ręcznymi granatami. Wydaje się, że każdej nocy koło ognia otaczające nas coraz bardziej się zacieśnia: pożary, pożary i jeszcze raz pożary straszliwe. Uciekinierzy, którzy nas opuścili przychodzą błagać o zupę, gdyż umierają z głodu. Nie odmawiamy im, licząc tym więcej na Opatrzność, która zdaje się rozmnażać nasze szczupłe zapasy.

Niedziela 10. IX. Od północy piekielna muzyka. Przez cały dzień niemal nieprzerwanie trwają walki powietrzne samolotów.

Wtorek 12. IX. Patronuje nam dzisiaj Najśw. Imię Maryi. Bombardują ulicę Kazimierzowską. Detonacja bardzo silna. Nieprzyjaciel okrąża naszą dzielnicę coraz ciaśniejszym kołem ognia.

Środa 13. IX. W nocy przeżywamy niezwykłe emocje: z oddali daje się słyszeć coraz wyraźniej muzyka frontowa. Działa grzmią. Byłaby to pomoc tak bardzo oczekiwana ? Niestety, pewnie jeszcze nie nadszedł na nią wyznaczony czas.

Czwartek 14. IX. Noc u nas względnie spokojna, ale dochodzą do nas odgłosy walk ulicznych od strony Puławskiej, a to tak blisko nas ! Matka Teresa otrzymuje Ostatnie Sakramenty św. Przez cały dzień rosyjskie samoloty jęczą nad naszymi głowami: z kolei samoloty niemieckie bombardują Mokotów. Dom trzęsie się od bomb. Chwilami ma się wrażenie, że chmura tynkowego pyłu otula dzielnicę.

Piątek 15. IX. Front się cofa. Noc i dzień straszne ! Niczego dzisiaj nie brak: "krowy", "tygrysy", samoloty - wszystko w komplecie. My jednak ufamy tym goręcej. Nieraz Pan Jezus daje, że w chwilach, gdy śmierć staje się nieunikniona, pokój niezamącony napełnia duszę i powstaje głębokie przekonanie, że Bóg nas wyratuje, ponieważ zdałyśmy się całkowicie na Niego, że On oczekuje od nas jedynie aktu zdania się, który przyniesie Mu chwałę, uwielbi Go.
Z naszą drogą M. Teresą coraz gorzej. Ksiądz kapelan też chory i musi pozostać w łóżku. Ponieważ od dwu tygodni śpi przy refektarzu w pomieszczeniu służącym do mycia naczyń, to nam życia nie ułatwia rzecz jasna. Wieczorem młode pielęgniarki świeckie błagają nas o kącik, gdzie mogłyby trochę odpocząć i przespać się. Ustępujemy im kuchnię.

Sobota 16. IX. Przez całą noc trwają nieprzerwanie walki i coraz bliższe. Nasi chłopcy giną, wielu ich ginie... W prowizorycznej salce operacyjnej opatrunki i operacje trwają w dzień
i w nocy. Pięć sióstr jest stale przy rannych w szpitalu. Poświęcenie lekarzy budzi podziw. Wieczorem umęczeni rzucają się na posłanie w kącie rozmównicy, otulając się pożyczonym kocem, by po paru godzinach zastąpić utrudzonych kolegów.
Samoloty niemieckie bombardują od rana Mokotów. Około godz. 2.30 po południu byłyśmy zebrane po Oficjum w refektarzu. Wtem nadlatują samoloty. daje się słyszeć artylerię przeciwlotniczą. Dzięki Bogu są to więc rosyjskie samoloty, ale zawsze bezpieczniej modlić się na korytarzu. powstajemy, żeby się tam udać, gdy naraz rozlega się przeraźliwy świst, który zamroził krew w żyłach i którego na pewno żadna z nas nie zapomni do śmierci. Bomby w nas !... Opowiedzieć ludzkim językiem to, co się wówczas działo jest niemożliwością. Rzucamy się ku ołtarzowi, z drugiej strony nadbiegają oszalałe wprost dzieci. Nie była to modlitwa, jaką się zawsze modlimy. Był to krzyk błagalny serca strwożonego, całej biednej, umęczonej istoty ludzkiej. Nikt nie zaczynał, nikt nie dawał znaku, by zacząć, ale jakby równocześnie ze wszystkich ust wyrwał się krzyk: "Jezu, ratuj, bo giniemy ! Jezu, liczymy na Ciebie !" Okrzyki mnożyły się, bo każdy na swój sposób wzywał miłosierdzia Bożego, ale poszczególne głosy ginęły w piekielnym łoskocie i świście, przebijał się tylko od czasu do czasu ufnością i wiarą przebijające niebo wołanie: "Jezu, ratuj, bo giniemy !" Ciężkie dudnienie samolotów (jest ich 16 - mężczyźni policzyli), świst bomb, łoskot lecącego dachu - wszystko to tworzy nieopisany huk, łoskot. Dusimy się od sadzy i pyłu tynkowego. Wydaje się, że to już koniec.

Po długiej chwili wszystko się ucisza, ale nie mamy siły oddalić się od ołtarza, by zabrać się do porządkowania suteren, gdzie wszystko dosłownie jest poprzewracane. Trzeba to jednak zrobić, bo wieczór się zbliża. Jedna z sióstr wyrywa się, by pójść na piętro i zobaczyć czy jesteśmy zasypane, żywcem pogrzebane. Po uzyskaniu pozwolenia na tę wyprawę z nakazem: wracać natychmiast, biegnie na drugie piętro, gdzie stwierdza dwie dziury wielkości poduszki w suficie i rozwalenie dwóch działowych ścianek z dziurawki. Przezornie wraca na dół. Po dłuższej chwili mężczyźni udają się na strych, gdzie stwierdzają brak połowy dachu. Dowiadujemy się z bezgraniczną wdzięcznością, że nic, kompletnie nic złego nikomu się nie stało. Pięć wielkiego kalibru bomb padło w ogrodzie naprzeciwko nas, jedna przed kaplicą i trzy na nasz dom z tej właśnie strony, gdzieśmy były wszystkie zebrane. Okazuje się, że właściwie cały dach został zniszczony, na środku tylko ze dwie krokwie sterczały. Większość dachu spadła do ogrodu przed otworem okiennym prasowalni, gdzie leżała dogasająca M. Teresa. Zasypał ją całkowicie tynk i cegły, nie czyniąc nic złego.

Dachówki jakaś niewytłumaczona siła przeniosła aż na ulicę Kazimierzowską. Był to naprawdę cud, który wszyscy znawcy potwierdzili: bomby nie przebiły II pietra, zadowalając się jedynie uczynieniem dwu nędznych dziur w suficie. Statua Najśw. Dziewicy, którą umieściłyśmy na strychu od początku bombardowania i którą z miłością ozdabiałyśmy kwiatami, nazywając ją "Najśw. Dziewicą ze Strychu", pozostaje tam nietknięta, piękna, Niepokalana... Niewątpliwie Jej macierzyńskiej opiece zawdzięczamy jeszcze raz ocalenie. Wieczorem odmawiamy z głębi serc "Te Deum".

Niedziela 17. IX. Msze św. rozpoczynają się bardzo wcześnie... Ku naszej wielkiej radości sąsiadka nasza, protestantka, zdecydowała się zrobić wyznanie wiary. Ze względu na specjalne warunki i okoliczności czyni to w konfesjonale, po czym przystępuje do Pierwszej Komunii św. Dzień bardzo ciężki - walki powietrzne, działa, niczego nie brak. Nerwy są już tak wyczerpane, że chwilami odnosi się wrażenie, że lada moment odmówią posłuszeństwa. Chciałoby się nieraz uciekać, mniejsza o to dokąd, byleby jak najdalej od tego piekła. Tylko Matka Prowincjalna jest spokojna i dodaje nam odwagi.

Poniedziałek 18. IX. Noc piekielna. W południe duża eskadra sprzymierzeńczych samolotów zrzuca broń i żywność. To dodaje odwagi naszym chłopcom.

Wtorek 19. IX. Noc okropna ! Przez cały dzień rosyjskie samoloty bombardują nieprzyjacielskie pozycje. Walki uliczne coraz bliżej nas.

Środa 20. IX. Przez cała noc bombardowanie miasta z dział. Sytuacja beznadziejna, tragiczna... Siostry jedna po drugiej zaczynają chorować.

Czwartek 21. IX. Dzień względnie spokojny. W południe zauważamy nagle gęsty, skłębiony dym, który wydobywa się z naszego komina. Co to być może ? Boże święty - to pożar w kabinie telefonicznej. Wskutek wstrząsów z komina wypadła cegła i przez otwór przedostał się ogień, który objął belkę. Kto żyw rzucił się na ratunek - personel szpitalny na wyścigi z chłopcami. Zrywają parkiet. Płomienie buchają, wody nie ma, ale przy sprężystej komendzie zaimprowizowanych komendantów straży pożarnej tak bardzo "ochotniczej", udaje się nam wszystko ugasić. Jakaż to łaska, że pożar ten nie wybuchł w nocy! Spalilibyśmy się, jak tylu innych. Jezus czuwa nad nami!

Piątek 22. IX. Pociski lecą ze wszystkich stron. Dom nasz chwieje się i kołysze jak łódka miotana falami wzburzonego morza.

Sobota 23. IX. Dzień spokojny. Bóg w miłosierdziu swoim chce nas przygotować na trzy ostatnie dni, które będą najstraszniejsze w tych dwu długich miesiącach. Niejedna chciałaby się wyspowiadać, świeccy również szukają sposobu, by przystąpić do sakramentów św., a tu Ksiądz Kapelan w dalszym ciągu chory. Zjawia się nagle dwóch zakonników: Kamilianin
i młody Dominikanin, który odtąd pozostaje u nas. We dwóch spowiadają całe Zgromadzenie, uciekinierów, dzieci, rannych...

Niedziela 24. IX. Jak zwykle pierwsza Msza św. jest bardzo wcześnie, bo jeszcze jest spokojniej. Ale przed końcem Mszy św. rozpoczyna się kanonada, jakiej nie było od początku tych dwóch miesięcy. Co chwila straszliwe detonacje. Słychać odgłos pocisków i kul rozbijających się o ściany naszego domu albo tuż przy nas. Wszystko się trzęsie. Zdajemy sobie sprawę, że w nas celują. Jeden z oficerów nieprzyjacielskich oświadczył nam, że otrzymali rozkaz zrównania naszego domu z ziemią. Śniadania nie ma sposobu przegryźć.
O drugiej Mszy św. ani myśleć. Wszyscy: siostry, uciekinierzy, księża, dzieci - trwamy na modlitwie. Odmawiamy różaniec, akty strzeliste, które jakby podsycają naszą ufność i zdanie się. Nie rozróżniamy już pocisków. Dom staje się jakby zabłąkanym wśród rozszalałych żywiołów okrętem. "Jezu, ratuj nas, bo giniemy !" - był to okrzyk spontaniczny wszystkich serc. Nadchodzi południe, godzina 13-ta - ani sekundy wytchnienia, ani chwili odpoczynku. Biedne siostry kucharki cudów dokazują, by nam zgotować nieco zupy. O 15-tej spożywamy ja w korytarzu przy Najśw. Sakramencie. Burza szaleje do wieczora. Wreszcie około godziny 19-tej milkną działa. "Tygrysy" odchodzą z warczeniem i dudnieniem... Oddychamy. serdeczne dziękczynienie wznosi się do Pana, potem króciutka rekreacja na korytarzu. Przynosimy wodę i zabieramy się do spoczynku. Noc spokojna.

Poniedziałek 25. IX. Msza św. o godz. 5.30. Piekielna muzyka zaczyna się na nowo w tempie bardziej wzmożonym niż dnia poprzedniego. Biedna nasze dzieci płaczą, modlą się, cisną się do ołtarza. Tym razem niemożliwością jest zgotować cokolwiek. Rozdajemy nieco cukru w kawałkach i resztę sucharów między dzieci. Nagle wśród nieustannych detonacji rozlega się złowieszcze "kręcenie" miotacza min. Krzyk przerażenia: "Jezu, ratuj nas !" i coś się zawala. Wszystkie drzwi otwierają się, zawiasy wyrywają, ale nie ma czasu nawet stwierdzić, co się właściwie stało, bo w tej samej chwili nadlatują samoloty. Rozlega się straszliwy, piekielny świst bomb. Ziemia jęczy. Opisać to, co się działo, byłoby próżnym wysiłkiem.
W tym czasie przynoszą rannych i jeszcze rannych, bez końca. Nie ma już dosłownie miejsca, by ich ułożyć. Już nie oczy, ale serce łka i płacze nieutulenie, patrząc na tych biednych, przerażonych, potwornie nieraz okaleczonych ludzi. Tajemnica, straszna tajemnica ludzkiej złości ! Tych, którzy umierają, układamy jednego przy drugim w dużej sali przedszkolnej na parterze, bo któż by mógł ich pogrzebać ? W liczbie zmarłych jest młoda pielęgniarka - dzielna, pobożna, która od trzech dni przechodziła silną szkarlatynę. Leżała na stole w kącie szpitalnej sali. Pielęgnowały ją nasze siostry. Zasnęła cicho snem wiecznym...

Po południu przynoszą nam rannych z sąsiedztwa i wtedy dopiero zdajemy sobie sprawę z cudu Bożego miłosierdzia nad nami. Pocisk "krowy" zrobił olbrzymi przez piętro wyłom w ścianie przedszkolnej sali na I piętrze, wyrywając częściowo podłogę. Jedna z sióstr znajdowała się w tym czasie w suterenie z tej właśnie strony i zostałaby niezawodnie zabita uderzeniami w głowę spadających cegieł, gdyby nie klosz z mocnej, twardej blachy z elektrycznej lampy, który spadł jej na głowę i jak hełm zabezpieczył przed uderzeniami cegieł. Inny z tych pocisków wpadł do piwnicy naszych zacnych sąsiadów (p. inż. Józefa Kamlera). Na 17 mieszkańców domu zabił 10 osób.

Przynoszą nam córkę p. Kamlera pozbawiona całkowicie nóg, z małą córeczką, również śmiertelnie ranną. Matka umiera bardzo prędko na operacyjnym stole, po przyjęciu sakramentów św. Obok niej mała córeczka, 8-9 - letnia dziewczynka, której amputują nogę. Błaga o pierwszą Komunię św. Przenosimy ją do refektarza i przez parę godzin, z przerwami, przygotowują ją siostry do pierwszego spotkania z Jezusem-Eucharystią. Ksiądz Kapelan spowiada ją i przynosi jej Pana Jezusa, którego przyjmuje z najwyższą wiarą i pobożnością. Dziadek jej, p. J. Kamler, nasz sąsiad i przyjaciel, wyraża nam wdzięczność za przeniesienie małej do refektarza, gdzie siostry otaczają ją najczulszą opieką. Mała jest cierpliwa i grzeczna, wzbudzając wśród otoczenia podziw. Prosi, żeby siostry modliły się przy niej, a w godzinę czy dwie potem umiera. A u nas, trudno w to uwierzyć, nikt nie poniósł najmniejszej rany, najmniejszego zadraśnięcia ! Jakąż powinnyśmy czuć wdzięczność !

Wtorek 26. IX. Bezpośrednio po Mszy św. siostra furtianka oznajmia żołnierzy. Chcą się zainstalować na I piętrze. Jesteśmy zgubione i ranni z nami ! Poufnie nam oznajmiają: "Proszę wiedzieć, że to nie jest jeszcze pierwsza linia bojowa, ale druga". Jak więc będzie wyglądać pierwsza ? Zdając sobie sprawę ze strasznego niebezpieczeństwa, jakie nam zagraża, alarmujemy niebo - przede wszystkim św. Józefa, który troszczył się
o bezpieczeństwo swojej Rodziny - a następnie lekarzy ze szpitala, nie mniej od nas przerażonych. Mimo trudności i niebezpieczeństwa czyhającego na każdym kroku, biegną natychmiast do komendy wojskowej na Odyńca, by bronić szpitala, a tym samym nas. Przez ten czas przenosimy szybko nasze pakunki i walizki do piwnicy pod małym domkiem na dziedzińcu. Na szczęście jest spokojnie. Upływa długie, pełne udręczeń pół godziny. lekarze wracają, niebo nas wysłuchało. Ĺťołnierze nie przyjdą i strzelać od nas nie będą. Prędko przenosimy z powrotem nasze zawiniątka. Ledwie zdążyłyśmy wnieść ostatnie, gdy huk rozpoczyna się na nowo. I znowu pociski padają bez końca, rozrywają się nad nami. Zdawałoby się, że to koniec świata. Nawet Matka Prowincjalna nie może już nad sobą zapanować. Nerwy są całkowicie wyczerpane. Wieczorem oznajmiają nam, że nieprzyjaciel jest na sąsiedniej ulicy... Wojsko nasze zdecydowało się wycofać kanałami do centrum miasta. Pozostaniemy więc same. Rozróżniamy już kule niemieckich karabinów, które raz po raz uderzają w nasze ogrodzenie. Nie ma sposobu, by iść do studni po wodę. Przygotowujemy nasze paczki i walizeczki. Z prawdziwą udręką i umęczeniem czekamy świtu.

Środa 27. IX. Od rana widzimy już przez okna niemieckich żołnierzy, którzy są już u naszych sąsiadów i pokazując na nasz dom wołają: Kloster. Więc wiedzą już, że to klasztor. Otrzymujemy rozkaz od władz polskich, by o godzinie 7-ej wywiesić białe flagi, ponieważ cały Mokotów kapituluje. Armaty nie przestają grać. Nadbiega grupa żołnierzy, którzy chcą się znowu zainstalować w salach przedszkola w części domu od strony ul. Wiktorskiej.
Z pomocą św. Józefa udaje nam się skierować ich do niewykończonego domu z naprzeciwka, skąd wszyscy mieszkańcy uciekli... Ĺťołnierze ustępują nam. Ledwie zdążyli odejść, gdy oto zjawiają się Niemcy. Nadchodzą dwaj od strony ogrodu. Wychodzimy do nich we trzy: "Wychodzić natychmiast z domu i iść na zachód". Uczucie rozpaczy ogarnia na chwilę nasze serca. "Święty Józefie, pomagaj, ratuj !" Staramy się wejść w jakieś układy. "Mamy tyle chorych, staruszek... A cóż się stanie z rannymi ? Nie możemy ich samych zostawić ! Gdzie jest komendant ?" Na nasze pytanie pada lakoniczna odpowiedź: "Gdy przeprowadzimy rewizję domu, obrzucimy go ręcznymi granatami".

Nie ma wątpliwości, że tak uczynią, tak bowiem w wielu miejscach zrobili. Właściwie wszędzie, ale co robić ? Jak wyjść z Matką Prowincjalną, z umierającą M. Teresą, ze sparaliżowaną s. Martą ?... Strzelają na wszystkie strony... I dokąd iść ? Próbujemy jeszcze: "Ale gdzie jest komendant ? Święty Józefie, ulituj się nad nami!" I oto nadchodzi komendant z grupa żołnierzy. Św. Józef dobrze go usposobił; "Możecie zostać ! Przejdziemy tylko przez wasz dom, nie przeprowadzając rewizji, ale wywieście flagę Czerwonego Krzyża, ponieważ macie tu szpital". Nie uczyniłyśmy tego dotychczas wiedząc, że właśnie szpitale brali na cel. Jakiż ciężar spadł z serca ! Nastała cisza. Ustała strzelanina, ale za jaką cenę ? Trzeba pogrzebać umarłych, którzy leża pokotem w sali przedszkola na parterze. Trzeba cośkolwiek zjeść. Niemcy co chwila zwiedzają. Przynoszą nam jeszcze rannych...

Wieczorem przerażenie. Podpalają drewniane baraki po drugiej stronie ulicy, tuż koło nas. Wiatr niesie na nas snopy iskier, które padają na strych, gdzie pełno dobrze wysuszonego drzewa z połamanych belek. Padają przez otwory okienne i wkoło domu, gdzie pełno łatwopalnego suchego materiału. Widok straszny i nigdzie poza naszym domem ani jednego żywego człowieka... Studnia prawie sucha, a poza tym trudno być spokojna tej nocy. Nie pozostaje nic innego, jak zdać się na Opatrzność Boską.

Czwartek 28. IX. Przychodzi rozkaz, by wszystka cywilna ludność opuściła nasz dom. Jest więcej niż pewne, że podzielimy ich los. Czynimy jeszcze wszelkie możliwe starania, by pozostać na miejscu, ale mimo to przygotowujemy paczki z bielizną na drogę, co nie jest rzeczą łatwą, gdyż według wszelkich prawdopodobieństw będziemy musiały iść pieszo i nieść nasze chore. Zabijamy nasze kurki, które przeżyły powstanie i idą do zupy. Ma się chwilami wrażenie, że zostałyśmy wyrzucone na jakiejś pustynnej wyspie. Cała dzielnica pusta. Wszystkim kazano wyjść z miasta. Wieczorem około godziny 6-tej umiera M. Teresa. Wspomagamy ją modlitwami. Dozorca sporządza prędko coś w rodzaju skrzyni i przenosimy naszą drogą zmarłą do przedchórza. Przygotowujemy jej w ogrodzie grób, tuż przy figurze Najśw. Panny.

Piątek 29. IX. Ostatni dzień w domu Królowej Misji. Rano udajemy się jeszcze do komendanta z prośbą o pozwolenie na pozostanie, ale na próżno ! Wracają od niego, widzimy długi sznur wieśniaczych wozów oczekujących na rannych. A my ? Otrzymujemy formalny rozkaz: opuścić dom i miasto dzisiaj, jak najspieszniej ! Jakiż cios ! Tracimy głowę od czego zacząć. Najpierw wynosimy i przygotowujemy do drogi biednych naszych rannych. A potem trzeba się ubrać, porobić pakunki dla dzieci, pocieszyć nasze strapione staruszki, które dosłownie tracą głowę. Trzeba przede wszystkim pogrzebać M. Teresę. Aż oto nadbiega ktoś z wiadomością: "Czerwony Krzyż obiecuje dać kilka wozów dla chorych sióstr". Doskonale, więc będzie można wziąć coś niecoś pakunków. Prędko do pakowania ! Ale obiad ? Trzeba koniecznie cośkolwiek zjeść. Pranie tylko co zaczęte, ale trzeba wszystko zostawić i biec do pakowania. "Gdzież są te wozy ? Ile ich jest ?" Nikt tego nie wie. Mówią, że dwadzieścia, po pięciu minutach nie ma ich więcej nad dwa lub trzy, a wreszcie ostatni odjeżdża z rannymi.

Rzucajmy więc wszystko. Bierzmy tylko małe pakunki do rąk. Bo i po co to wszystko... i tak nam odbiorą w obozie. W tej bieganinie, hałasie i niebezpiecznym rozgardiaszu, którego obraz może sobie wytworzyć tylko ten, kto to przeżył, Matka Prowincjalna czuwa nad Najśw. Sakramentem przeniesionym do jej kącika przy pralni. Wreszcie ranni już odjechali, żołnierze niemieccy zaczynają krzyczeć, gniewać się, że jeszcze nie wychodzimy. Matka Prowincjalna próbuje wejść w układy z jakimś oficerem, ale to nic nie daje. Nie pozostaje nic innego, jak zdecydować się ostatecznie wyjść jak najprędzej z domu. Na pierwszy wóz wchodzą trzy siostry i tyleż pakunków, ile da się umieścić. Jeden wóz czeka na Matkę Prowincjalną, a co do reszty, to jeszcze się zobaczy, kto znajdzie miejsce, a kto będzie musiał iść pieszo. Ustalić jakikolwiek porządek jest rzeczą niemożliwą. Wszyscy biegają, pakują, wynoszą. Nasz dozorca (niezupełnie normalny) biega, wszystko przewraca i chciałby wszystko zabrać. Trzeba hamować jego gorliwość. Wchodzą Ukraińcy. Domagają się, żebyśmy spiesznie wychodziły i zaczynają nam kraść spod rąk.

W środku refektarza opróżniamy sienniki, jemy nieco zupy, a oto już grożą, że wysadzą dom w powietrze. Nareszcie koniec. Prawdziwym cudem wszystkie znajdują miejsce na wozach. Matka Prowincjalna na przedostatnim. Rozkaz odjazdu. Nasz Boski Mistrz ostatni wychodzi z domu. Matka Przełożona ma szczęście nieść Go w bursie na sercu. Jezus jest z nami ! Odjeżdżamy. Nikt nie płacze... Dziwny spokój, a nawet jakaś cicha, niewytłumaczona radość przepełnia serca... Idziemy w nieznane, a Jezus z nami ! Wszystkie przewidywania ludzkie urwały się. Wszystkie strapienia i odpowiedzialność ustały, znikły. Nie pozostaje nic innego, jak zdać się na Boga z miłością i ufnością równie pogodną, jak to piękne jesienne słońce, które otula jasnymi blaskami smutne cmentarne ruiny wyludnionego miasta, przez które przejeżdżamy.

Na dworcu spotykamy SS. Urszulanki. Jedna z ich sióstr jest umierająca. Jest nas 85 osób i stos pakunków. Dają nam zwierzęcy wagon. Wypraszamy sobie połowę następnego wagonu. Układamy tam najpierw nasze pakunki. Kiedy wszystko zostało wpakowane, staramy się same umieścić na wierzchu. Wszelkie poruszenie się, nawet przesunięcie lub umieszczenie w innym miejscu nogi było trudnością zasadniczą. Siedziało się jedna osoba przy drugiej, a nieraz jedna na drugiej. Niektóre siostry stały oparte o brzeg ściany wagonu i to nieraz na jednej nodze. O godz. 21-ej pociąg rusza. Chwilę przedtem Ksiądz Kapelan udaje się z Komunią św. do umierającej S. Urszulanki, która niedługo potem zasypia snem wiecznym... Noc piękna. Księżyc oświeca piękny Boży świat. Wśród tej nocnej ciszy w bliskim towarzystwie naszego Boskiego Zbawcy jest nam bardzo dobrze. Po północy przybywamy do Pruszkowa. Wagony pozostają zamknięte do rana.

Sobota 30. IX. O 8-ej rano otwierają wagony. Pakunki nasze musimy przenieść do obozu. Znajdujemy już tam tysiące wysiedlonych. Cała nasza dzielnica już tam jest. Wszyscy są za drutami. Pozwalają nam wejść do szopy. Usadawiamy się na naszych pakunkach. Czerwony Krzyż rozdaje chleb i kawę. Nareszcie po tylu tygodniach można się posilić do syta. Niebawem przynoszą nam papier, na mocy którego dowiadujemy się, że jesteśmy wolne i możemy się udać dokąd chcemy... Piękna wolność ! Lepsza niż obóz, to się rozumie. Ale dokąd iść, gdy się nie ma dachu nad głową ? Gdybyż przynajmniej można było pozostać w tym baraku ! Udajemy się do miasta, ale nikt nie chce nas przyjąć. Decydujemy się prosić, by nam pozwolono jechać do Częstochowy. Tam Najśw. Panna na pewno pomoże nam coś znaleźć... Do Częstochowy więc !

Ale na zrealizowanie tego zamiaru trzeba czekać. Dzisiaj nie ma pociągu, a poza tym wykluczone, żebyśmy mogły dostać wagon. Położenie jest bardzo przykre, ale Boski Mistrz jest z nami ! Matka Prowincjalna czuje się zmęczona. Ostatnie noce zwłaszcza wyczerpały ją. Urządzamy w kąciku posłanie, ale w tej chwili przybiega jedna z sióstr: "Prędko, prędko, za pół godziny odchodzi transport na Częstochowę. Obiecano wagon !" Matka Prowincjalna nie zdążyła się położyć, a już musi wstawać. Spieszymy. Odbierają nam maszynę do szycia, którą udało się wynieść z domu. Dają nam tylko jeden wagon, ale w końcu wszystkie trudności znikają, a przed oczyma jaśnieje nam słodka wizja naszej Pani Jasnogórskiej. Pociąg nie rusza jednak, a jest niezmiernie długi. Transport liczy kilkadziesiąt wagonów, a wszystkie przepełnione wysiedlonymi z Warszawy. Wagony odkryte. Noc prześliczna, księżycowa. Wreszcie o 11-tej w nocy ruszamy...

O świcie Ksiądz Kapelan rozdaje nam Komunię św., pozostaje jeszcze parę Hostii. Nasza droga unieruchomiona s. Marta jest bardzo budująca. Nie może się na swoich noszach nawet poruszyć, ale nie przestaje się uśmiechać, ze wszystkiego zadowolona, o nic nie prosząc, na nic się nie skarżąc.

Niedziela 1.X. Łączymy się z Mszami odprawianymi w kościołach, które widzimy z daleka, rozsiane na trasie, którą przejeżdżamy. Lecz cóż to znaczy ? Nazwy stacji wskazują nam jasno, że nie zmierzamy ku Częstochowie. Dokąd więc jedziemy? Wreszcie zagadka rozwiązana: jedziemy do Wolbromia. Ale gdzie się może znajdować ten Wolbrom ? Może w granicach Rzeszy? Ale na to pytanie nikt nie może nic pewnego odpowiedzieć. Nikt tego nie wie, a żadna z nas nie słyszała nawet tej nazwy. Jeszcze raz akt całkowitego zdania się na Boską Opatrzność i jedziemy spokojnie w nieznane. Po południu zaczyna padać. Zrazu trochę, a następnie doświadczamy prawdziwej ulewy. Na szczęście mamy kilka dywanów uchwyconych w ostatniej chwili. Tworzymy z nich rodzaj dachu nad głowami - to nas nieco zabezpiecza. Na stacjach od czasu do czasu Czerwony Krzyż daje nam czarną kawę i chleb. O 2-ej po północy przybywamy do Wolbromia. Nad ranem przedstawiciele R. G. O. przychodzą, by nam pomóc wydostać się z wagonu.

Dostajemy nieco ciepłej kawy i wiadomość, że umieszczą nas na plebanii, gdzie przedtem mieszkało wojsko niemieckie. Udajemy się więc do miasta, pozostawiając na stacji Matkę Prowincjalną, chorych i pakunki. Na probostwie ks. Dziekan mile nas przyjmuje. Dwie siostry Karmelitanki od Dzieciątka Jezus otaczają nas prawdziwie siostrzaną miłością, a gdy podczas obiadu odnajdujemy się wszystkie razem, nie wiemy jak dziękować Bogu za schronienie, jakie w dobroci swojej nam przygotował. Jesteśmy stłoczone, to prawda, ale jak na obecne warunki i okoliczności pomieszczone całkiem dobrze, w cieniu kościoła, w małym gościnnym miasteczku, którego nawet nazwy nie znałyśmy.    

S. Zofia Szeptycka, fmm (imię zakonne: M.M. Jozafata FMM)