Franciszkanki Misjonarki Maryi
MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA
Prowincja Europy Środkowej i Wschodniej

Artykuł z „Osservatore della Domenica” z dnia 11 września 1966 r., nr 37, napisany na podstawie wywiadu przeprowadzonego w domu generalnym sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi w Rzymie.

Wiadomość przed paru tygodni brzmiała: „Po długiej bolesnej Kalwarii wypędzenia z Chin w ramach tak zwanej rewolucji kulturalnej, która jest jednym z najbardziej uderzających zjawisk fanatyzmu, jedna z sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi zakończyła życie w szpitalu w Hongkongu. Była to siostra Maria Eamonn di Cork. Wyczerpanie do ostatecznych granic ludzkich możliwości, widok barbarzyńskiego niszczenia umiłowanego dzieła, dla którego pracowała całe życie, moralne groźby i pogróżki, szykany wszelkiego rodzaju - wszystko to razem wyczerpało jej siły. Śmierć Siostry Marii Eamonn była bardzo podobna jest do zgonu wielu uciekinierów z czerwonych Chin. Dotarłszy do wolnego terytorium, byli już tak dalece wyczerpani fizycznie, że nie byli w stanie przeżyć.

Siostra Eamonn, Irlandka z pochodzenia, była członkiem ostatniej grupy ośmiu Franciszkanek Misjonarek Maryi mieszkających w Chinach w Pekinie. Miały one przy klasztorze w stolicy czerwonych Chin szkołę, do której uczęszczały niegdyś dziewczęta chińskie, a ostatnio korzystały z niej jedynie dzieci pracowników dyplomacji, akredytowanych przy rządzie w Pekinie. Szkoła ta istniała od 1914 roku, ale od roku 1950 wszelkie kontakty między siostrami ze szkoły a domem generalnym w Rzymie przy via Giusti, nawet w formie korespondencji, zostały całkowicie zerwane.

Przez 16 więc lat siostry w czerwonej stolicy Chin były zupełnie odcięte od świata. Prowadziły dalej dzieło, można by powiedzieć w pewnym sensie, potajemnego nauczania, jakkolwiek szkoła miała zatwierdzenie władz aktualnego rządu. Z domu jednak wychodziły oficjalnie raz na rok, gdy wszystkie musiały się udać do Komisariatu Komunistycznej Policji celem odnowienia wiz na pobyt czasowy w Chinach.

 Gdy pierwsze wiadomości przekazane drogą radiową o losie ostatniego żeńskiego klasztoru w czerwonych Chinach i o tragicznej śmierci jednej z sióstr doszły do nas, zwróciliśmy się do generalnego domu zgromadzenia, by z ust generalnej sekretarki Zgromadzenia dowiedzieć się coś pewniejszego o wspomnianych wydarzeniach. Siostra zmarła w Hongkongu i wbrew początkowym publikacjom nie była podeszła w latach. Zaszło tu pewne nieporozumienie na skutek przestawienia cyfr. Siostra ta miała 58 lat, a nie 85.

Matka zmarłej siostry Marii Eamonn żyje jeszcze i czekała na córkę w rodzinnej Irlandii. Długo, gorąco i wytrwale modliła się staruszka za swoją córkę, s. Marię Eamonn, ale jak pisała w bólu do Matki Generalnej Zgromadzenia w Rzymie, prosiła Boga, by raczej doszła do niej wiadomość o śmierci córki, niżby miała się dowiedzieć o znieważeniu Najświętszego Sakramentu. Dobry Bóg wysłuchał pragnienia pobożnej matki.

Zwracamy się z kolei do Matki sekretarki generalnej Zgromadzenia z prośbą o wiadomości o rodzinie zakonnej Franciszkanek Misjonarek Maryi. Dowiadujemy się, że została ona założona przez Służebnicę Pańską, Matkę Marię od Męki Pańskiej w 1877 roku. O nim to posiedział w swoim czasie o. Augustyn Gemelli: „Było ono organizmem moralnie i technicznie dostosowanym do pracy apostolskiej w krajach misyjnych, to znaczy uzdolnione do pełnienia miłosierdzia, do każdej pracy duchowej i fizycznej, do każdego zajęcia, do każdego heroizmu.”

W 1900 roku w Chinach właśnie Zgromadzenie dało świadectwo krwi w męczeństwie Matki Herminy i jej 6 towarzyszek, ofiar prześladowania Bokserów. Kiedy w roku 1904 umierała Założycielka, Matka Maria od Męki Pańskiej, Zgromadzenie liczyło już 80 domów, rozsianych w świecie i 3000 zakonnic. Inna siostra, zmarła w Chinach, tam, gdzie poprzednio pracowały męczennice Zgromadzenia. Miała ona 26 lat. Była to siostra Maria Assunta, beatyfikowana w listopadzie 1954 r. Liczba domów i sióstr wzrastała stałe. Dzisiaj Zgromadzenie liczy 414 domów i 11 000 zakonnic, pochodzących z 65 narodowości, rozproszonych na 5 kontynentach świata, zwłaszcza tam, gdzie najbardziej odczuwa się potrzebę misji i awangardy.

11 000 zakonnic rozwija swoją działalność w 6 lazaretach, w 20 leprozoriach, w 90 szpitalach, w 189 ambulatoriach, w 350 ośrodkach pomocy głodnym. Skala dzieł Zgromadzenia jest bardzo bogata. Weźmy chociażby szkoły: 207 szkół podstawowych, 67 średnich, 6 szkół wyższych, 5 kolegiów uniwersyteckich. Jaka jest totalna liczba uczennic objętych działalnością zgromadzenia? Oto ona: Franciszkanki Misjonarki Maryi mają dzisiaj w całym świecie 170 000 uczennic, 240 000 podopiecznych i 2 miliony chorych.

Niewątpliwie działalność w Chinach i w Azji Wschodniej osiągnęła taki poziom, że mogłaby ona przyćmić (przynajmniej w oczach świeckich) dzieła misjonarskie w innych strefach świata. Tymczasem dochodzi do tego, że zostaje zamknięta ostatnia szkoła w czerwonych Chinach. Wtedy Franciszkanki Misjonarki Maryi osiadają na krańcach tej ziemi, która je wygnała ze swoich granic. Pozostaną jednak tam, by spieszyć  z pomocą milionom innych, którzy zmuszeni będą odbyć (Tak jak już wielu innych odbyło) tę samą bolesną drogę.

Zgromadzenie ma już dzisiaj w Chinach trzy szczególnie aktywne ośrodki. Formoza z dwiema placówkami, podobnie Hongkong z dwiema placówkami i Macao z czterema. Makao jest ośrodkiem, gdzie Franciszkanki Misjonarki Maryi spieszą z bardzo wydatną pomocą uciekinierom i wygnańcom z czerwonych Chin.

Kiedy w roku 1951 zaczęła się wędrówka miliona wygnańców z czernionych Chin, Franciszkanki Misjonarki Maryi otworzyły małe ambulatorium w gęsto zaludnionej dzielnicy. Od razu zdobyły jedną obszerną salę, którą przedzieliły na trzy części. W pierwszej przyjmowano chorych, w drugiej przeprowadzano zabiegi, w trzeciej udzielano nauki religii. Z dnia na dzień wzrastał jednak napływ chorych.

Franciszkanki Misjonarki Maryi zaczęły myśleć o przygotowaniu czegoś obszerniejszego i w roku 1956, w osiemdziesiątą rocznicę urodzin Piusa XII przy pomocy Katolickiego Zjednoczenia /Welfare/ wzniosły obszerny budynek, który nazwano ośrodkiem Piusa XII, przeznaczając go na ambulatorium i mały szpital, gdzie przyjmowano wszystkich chorych z wyjątkiem dotkniętych gruźlicą. Opiekę i ulgę w cierpieniach znajdują tam w pierwszym rzędzie chorzy na raka, wypędzani okrutnie z czerwonych Chin i rozmieszczani tutaj w najposępniejszych dzielnicach Makao. W swoim zakładzie Franciszkanki Misjonarki Maryi codziennie otwierają okna i patrzą przez nie na ziemie chińskie, tak bliskie i tak dalekie w tej chwili. Ciężko im opuszczać te ziemie, a gdy wyczerpane padają na ich granicy, związują się z nimi na zawsze.  

Opowiadanie zakonnicy: „Nienawidzimy was!” z„Newsweek” z dnia 19.IX.1966 r.

Dwa tygodnie temu Chińska Czerwona Gwardia wyrzuciła osiem starszych wiekiem zakonnic Franciszkanek Misjonarek Maryi z klasztoru w Pekinie i przepędziła je przez granicę do Hongkongu z taką brutalnością, ze w wyniku tego jedna z  sióstr zmarła.  

W ubiegłym tygodniu Siostra Olga Fedorowicz, polskiego pochodzenia, udzielając poufnego wywiadu Edwardowi Behr (czasopismo Newsweek) dała poniżej zamieszczone sprawozdanie z tego, co znaczy wpaść w ręce młodocianych samozwańczych patroli Mao.  

Do sierpnia - powiedziała siostra Olga - wszystko szło w Pekinie normalnym trybem. Żyłyśmy sprawami naszej szkoły i nie troszczyłyśmy się o politykę. Ale trzy tygodnie temu rzeczy przybrały inny obrót. Mała grupka dzieci, chłopców i dziewcząt, ubranych w wojskowe mundury, z czerwonymi opaskami na ramieniu, zapukała do drzwi klasztoru. Chcieli, żebyśmy zdjęły statuę Najświętszego Serca Pana Jezusa z dachu szkolnego budynku. Byli uprzejmi, więc nie przyszło nawet na myśl nikomu to, co miało się stać później. Powiedziałyśmy, że statua jest umocowana cementem. Jeżeli nie można jej zdjąć – odparli uprzejmie, - musicie ją zakryć. Poczyniłyśmy w tym celu odpowiednie przygotowania.  

 Tego samego dnia, w sześć godzin później, ta samu grupa wróciła z inną jeszcze młodzieżą w mundurach. Tym razem nie byli wcale uprzejmi, Przeszli cały dom, trzaskając drzwiami i przetrząsając wszystko. Potem zjawiło się jeszcze więcej osób, Przycupnęli zrazu na zewnątrz. Czekali widocznie na sygnał, który musiał wreszcie nadejść, bo nagle rzucili się do środka i zaczęli demolować klasztor. Kilku z nich zdołało w końcu usunąć statuę z dachu szkoły.  

 Na jej miejsce wwindowano portret Mao i wielką czerwoną flagę. Stłoczono nas w sypialni. Wyglądało na to, że dzieci te chciały nie tylko wszystko zniszczyć, ale i nas upokorzyć. Rozbijały figury, a następnie spryskiwały je czerwoną farbą i kawałki, odłamki z  nich rzucały nam na kolana. Byłyśmy również polane czerwoną farbą. Szydziły z nas. Podchodziły blisko do poszczególnych sióstr, patrzyły prosto w oczy i mówiły z zupełną powagą; "Jesteś psem. Jesteś świnią!" Jedno z dzieci zapytało mnie: „Czy kochasz przewodniczącego Mao? Odpowiedziałam: „Jestem chrześcijanką i bardzo kocham przewodniczącego Mao. Kocham Chińczyków. Kocham też i ciebie!”  

 Wprawiło to chłopca w zakłopotanie. Po chwili odparł: „My was nie kochamy, nienawidzimy was!" Czerwona gwardia - powiedziała siostra Olga - przychodziła plądrować klasztor przez cztery dni i cztery noce, dopóki nie stał  się masą szczątków, strzępów, podartych książek i potłuczonego szkła. Przez cały ten czas młodzież bez końca męczyła zakonnice, prowadząc je przed nielegalne sądy i żądając, by wyznały swe zbrodnie. W jakiejś chwili ktoś z Czerwonej Gwardii przyłożył pistolet do twarzy zakonnicy i pociągnął za cyngiel.  

Rozległ się suchy trzask i wszyscy młodzi wybuchnęli śmiechem. Pistolet nie był naładowany. Ostatniego z tych dni zgromadzono kilka tysięcy ludzi przed klasztorem. Wyprowadzono zakonnice, zmuszano je do zdjęcia nakrycia głowy i do klęczenia w ten sposób, by czoło dotykało ziemi. Jest to tradycyjna poza w pojęciu Chińczyków wyrażająca upokorzenie. „Za każdym razem, gdy któraś z nas próbowała podnieść głowę,  otrzymywała z tyłu uderzenie w głowę, - powiedziała Siostra Olga.  

 Przetransportowano wreszcie zakonnice pociągiem na granicę Hongkongu. Przez granicę przepędzili  je czerwonogwardziści zaopatrzeni w miotły. Wykonywali przy tym ruchy wymiatania zakonnic, tak jak się wymiata śmiecie. W takt czynności zamiatania śpiewała tę oto piosenkę. „Wszystko, co jest reakcyjne, jest takie same; jeśli go nie uderzysz, nie upadnie. Gdzie nie dosięgnie miotła, tam kurz nie zniknie”. (Przypomniała sobie treść śpiewu s. Olga).

s. Anna Siudak, fmm