Franciszkanki Misjonarki Maryi
MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA
Prowincja Europy Środkowej i Wschodniej

Na prośbę biskupa Pagnucci, Franciszkanina i Wikariusza Apostolskiego w Chen-si, siostry FMM zgodziły się założyć nową fundację w Tung-Uien-Fang. Zadanie to powierzyła Maria od Męki Pańskiej siostrze Marii Agnieszce od św. Jana Chrzciciela (Zofia de Villele).

Urodziła się ona 2 kwietnia 1844 r. na wyspie Reunion, w znanej wszystkim i głęboko religijnej rodzinie. Siostry Wynagrodzicielki poznała dzięki swojej ciotce Marii z Nazaretu, która była Asystentką Generalną w tymże Zgromadzeniu. Po odbyciu Nowicjatu, została wysłana w lipcu 1868 r. do Madury i tam złożyła swoje śluby wieczyste 19 stycznia 1873 r. Była Asystentką domu w Trichinopoly, gdzie nazywano ją „Matką o łagodnym charakterze”. Potem była przełożoną najuboższego domu  w Adeikalabouram. Po następnym pobycie w Tricinopoly (wrzesień 1874- luty 1876 r.) wraca znowu jako przełożona do Adeikalabouram i tam przeżyła tragedię separacji 11 czerwca 1876 r. Zawsze pamiętała o tej dacie i każdego roku, nawet z dalekich Chin, pisała do Marii od Męki Pańskiej. Towarzyszyła Założycielce w Rzymie w styczniu 1877 a potem w pierwszym Nowicjacie w Saint Brieuc.

Dnia 19 lutego 1878 r. powróciła do Indii z grupą Nowicjuszek, będąc w ten sposób przewodnikiem pierwszej wyprawy misyjnej Misjonarek Maryi. W latach 1883-1884, gdy Maria od Męki Pańskiej była zdjęta z urzędu Generalnej, Maria Agnieszka od św. Jana Chrzciciela, przeżyła momenty wielkiego cierpienia i trwogi, będąc odcięta i odizolowana od reszty Zgromadzenia, otrzymując tylko spóźnione i fragmentaryczne wiadomości. Do tego doszło znaczne pogorszenie stanu jej zdrowia. Do Europy wróciła na Kapitułę Generalną w 1884 r. i została Asystentką Generalną. Pomagała Marii od Męki Pańskiej przy fundacji w Marsylii, gdzie została przełożoną, będąc jednocześnie odpowiedzialna za finanse Zgromadzenia. W 1890 r. wyjechała do Chin na fundację w Tong-Uien-Fang, by towarzyszyć siostrom do Chen-si. Miała tam zostać tylko kilka miesięcy i powrócić, ale z powodu trudności podróżowania, biskup postawił warunek: te które zamierzają dojść do celu, mają tam pozostać.

Maria Agnieszka zatelegrafowała do Marii od Męki Pańskiej i otrzymała odpowiedź, że ma udać się do Tong-Uien-Fang. Po sześciu miesiącach podróży, dotarła wreszcie z siostrami na miejsce i mając na początku niewielkie zaangażowania poświęcały czas na modlitwę i naukę chińskiego. Często pojawiające się epidemie, były powodem śmierci wielu młodych sióstr. Również Matka Maria Agnieszka od św. Jana Chrzciciela, zarażona tyfusem, umiera 30 kwietnia1899 r. Nie chcąc nic po sobie zostawić, miała życzenie, by do jej trumny włożono wszystkie jej osobiste notatki oraz listy. Pozostały tylko listy, które pisała do Założycielki, stąd mamy jej wspaniałe relacje z podróży. Ona sama chciała być jak Jan Chrzciciel- przygotować drogi Panu.   

Zanim przejdę do opisu jej podróży, dam najpierw dojść do głosu Gorges Goyau profesorowi Historii Misji z Akademii Francuskiej i Instytutu Katolickiego w Paryżu, który także relacjonuje jej wyjazd do Chin w napisanej przez siebie biografii Marii od Męki Pańskiej wydanej w 1939 r.

„Siostry odpłynęły z Marsylii 15 czerwca 1890 r. z Marią Agnieszką od św. Jana Chrzciciela. Najpierw   przebyły tę samą drogę co ich poprzedniczki do Itchang Hankow. W Yang-Tse-Kiang był ich pierwszy postój w Chinsch. Rzeka Han-Kiang była niemożliwa do przepłynięcia. Musiały więc czekać kilka miesięcy. Wszyscy uważali , że kobiety płynące aż do Chen-si to wielkie wydarzenie. Zajęte pesymistycznymi myślami, jeszcze raz telegrafowały do Marii od Męki Pańskiej, czy mają płynąć dalej. Ona odpowiedziała że tak. Jeden z katechistów Wikariusza Apostolskiego Chen-si czekał na nie w Hankow, by być ich przewodnikiem i towarzyszem podróży. Mistrz Piotr chronił je przez całą drogę, przed ciekawością ludzką oraz nienawiścią jaką Chińczycy darzyli Europejczyków. Musieli pokonać po drodze także liczne kontrole celne.

W chwili opuszczenia Hankow, pożegnały ubrania i kolory zakonne, otrzymane w dzień pierwszych ślubów. By jednak zostać wierne duchowi tych ślubów, które mówią o wyjeździe na koniec świata, jeśliby była taka potrzeba- trzeba się było ubrać w inny sposób. Niebieskie pończochy, czarne buty, niebieskie spodnie, krótkie granatowe bluzki, małe czepki z czarnej satyny, czarne woalki zakrywające twarz- był to ich uniform na drogę. Tak przebrane, 15 października w Hankow, zeszły do portu rzecznego, trochę zażenowane. Przechodnie zatrzymywali się by im się przyjrzeć i ich stopy zdradzały, że były przebranymi Europejkami. Było łatwiej mieć głowę Chińczyka niż stopy Chinek. Łódź na której miały płynąć nazywała się Nadzieja.

Weszły na nią przez okno i katechista zamknął je w małym pomieszczeniu, by je uchronić przed niedyskretnym okiem ciekawskich. W dwóch pomieszczeniach gdzie był maleńki ołtarz, zarezerwowanych dla sióstr, każdego ranka była odprawiana Msza św. Przychodził do nich misjonarz, o. Zenobio, który płynął w barce, zaraz za łodzią sióstr. Na tej samej łodzi, na honorowym miejscu, triumfował inny bóg, któremu składali ofiarę z koguta. Każdego wieczoru zatrzymywano łódź przy brzegu lub na środku rzeki w obawie przed złodziejami. Po 21 dniach podróży zatrzymali się w Loo-Ho-Ku, stolicy Północnej Hupe, gdzie siostry miały następny postój. Ojciec Fantosati, Franciszkanin, przekazał siostry dziewicom chińskim, które prowadziły żłobek.  

Siostry po tylu dniach podróży miały nogi sztywne jak bagietki. Odpoczywały tam 5 dni. Tercjarki chińskie kupiły im sześć wierzchnich, podwójnych nakryć ozdabianych, z szerokimi rękawami, by je włożyły na  swoje ubrania. W oczach Chińczyków w takich strojach robiły lepsze wrażenie. Szóstego dnia wyruszyły na inną barkę, jeszcze mniejszą, gdzie musiały żyć pomiędzy Chińczykami w dymie ogniska. Największy problem to jak sprawować Mszę św. Z surowej bawełny, którą zakupił katechista Piotr, zrobiły dach, z koców ściany i dywan i w tak urządzonym namiocie-kaplicy była sprawowana Najświętsza Ofiara. Gdy przybyły do Tchien-Kiao-Keu, rezydencji belgijskiej misji franciszkańskiej, o. Zenobio się na dobre rozchorował. To o. Xavier z misji belgijskiej podjął się, by je poprowadzić do Chen-si. Dnia 17 grudnia wyjechały w małej barce i wieczorem dobiły do Mau-Fchou. Znaleźli się na ziemiach Chen-si.    

      W chińskiej chrześcijańskiej rodzinie zapewniono siostrom wyżywienie i schronienie. Na środku izby ojciec rodziny gotował na ognisku i dym przenikał wszystko. Na środku stał również mały stolik do spożywania posiłku. Wielki apetyt jaki wszystkim towarzyszył, przyprawiał te posiłki, którym towarzyszyła wielka radość. Wszystko było tak inne i nowe, długa fajka, którą paliły kobiety i którą też podawano siostrom, aby je uczcić. W usytuowanym naprzeciwko pomieszczeniu, bez okien był pokój sypialny sióstr. Była tam w pobliżu wielka świnia, nie przestająca kwiczeć i mały osioł. Wszyscy ci ludzie z szeroko otwartymi oczami i ustami oglądali siostry od stóp do głów, śledząc najdrobniejsze poruszenia, pożerając je wzrokiem. O.Xavier wyznaczył swojej karawanie tylko 5 godzin snu i o czwartej rano wyruszyli w drogę.

     Dla o. Zenobia i sióstr były krzesła. Ale jakie krzesła? Wyobraźcie sobie dwa długie bambusy a na środku nich uczepiona deseczka, która wyglądała na siedzenie. Z tyłu by służyć za oparcia tragarze mieli zwinięte swoje nakrycia i ubrania i obwiązane sznurkiem, tworząc jednocześnie mały dobrze zaopatrzony, przenośny sklep, do którego zbiegali się mieszkańcy ze wszystkich stron. Czyż słońce nie jest dla wszystkich? Dwa końce sznura podtrzymują inną deseczkę, bardzo wąską, która nie przestawała być ruchliwa, nawet gdy stopy były na niej oparte, gdyż nie było oparcia z tyłu. W ten sposób siedziało się jak na grzędzie oparte na plecach tragarzy. Konieczne było ciągłe utrzymywanie równowagi. Zagłębiano się w śnieżne góry i wspinano po oblodzonych drogach.  

     Często drogi te przechodziły w strumienie i trzeba było je przekroczyć lub przejść przez mostki. Gdyby uczynili jakiś nieuważny krok, można byłoby wpaść do lodowatej wody. Siostry musiały czasem zejść ze swoich krzeseł jeżeli ścieżka stawała się nie do przebycia. Wspinały się, wdrapując jak mogły, albo schodziły na czworaka ze skał. Podróż ta trwała osiem dni. Wieczorem chroniły się w bardzo złym stanie oberżach. Znajdując się pomiędzy Chińczykami siostry paliły długie fajki, chrupały kilka kawałków kukurydzy.  

       O. Xavier zerkał okiem, gdzie przestawić świnie, osły czy wołu, by umieścić na nocleg siostry. Jeden raz nawet nie przeszkadzały im zwierzęta. Były szczęśliwe przypominając sobie Betlejem. Dnia 22 grudnia o ósmej rano, góry zostały pokonane, i przed nimi otwarła się równina w całej pełni swego piękna i której widok przypominał Francję. Tylko kilka godzin dzieliło je od Tung- Uien- Fang. Była jeszcze do przekroczenia rzeka Yu-hi. Siostry dostały się na szeroką tratwę, gdzie byli ludzie i zwierzęta; prawdziwa Arka Noego. Na drugim brzegu francuski Franciszkanin wyszedł im na spotkanie. W ciągu dwóch godzin wozy z misji zawiozły je do Tung-Uien-Fang. Czekała na nie wystawiona Hostia. Biskup Pagnucci otoczony 22 klerykami, którzy tworzyli chór, wprowadzili siostry do sanktuarium.”

Dziennik z podróży  Marii Agnieszki od św. Jana Chrzciciela:  

Singapur 6 lipiec 1890 r.   Do chińskiego kościoła wszedł jakiś człowiek, niosąc całun pogrzebowy. Siostra Hilarien ze Zgromadzenia św. Maura postawiła mu po malajsku pytanie, a on pokazywał rękami, że nic nie rozumie. Poznałam tego człowieka indyjskiej rasy i zapytałam go o imię, podczas gdy jego spojrzenie mi mówiło: Znam was! Słysząc mój głos nie miał już wątpliwości. Jak wy Tayare znalazłyście się tutaj? Jestem Hanerimuttu i znałem was w Indiach. Cóż za radość was widzieć ponownie? Gdzie jedziecie? Dzieliłyśmy  radość tego człowieka i spędziliśmy razem dłuższą chwilę. Szedł za naszym pojazdem, by nas znowu spotkać.  

W kościele indyjskim, spotkała nas następna niespodzianka. Missel-Amal matka naszej małej Ubagaran, wchodząc do kościoła spotkała mnie w drzwiach. To była prawdziwa eksplozja radości. Krzyczała: „Haja Tayare!”. Pytała mnie co słychać u Passion Tayar, Ronika Tayar, Mishel Tayar, Spiriten Sancten Tayar o wszystkich siostrach i kiedy powiedziała jej, że te dwie ostatnie nie żyją, zaczęła płakać. Dowiedziawszy się, że jadę do Chin powiedziała: „ Zaludniajcie całą ziemię waszymi klasztorami, zbawiajcie dusze i niech Boże błogosławieństwo wam towarzyszy”. Cóż mogę wyznać po tym spotkaniu? Byłam wzruszona. Oderwałyśmy się w końcu od tych dwóch istot, które tak nagle wywołały mi wszystkie wspomnienia z przeszłości, słodkie i smutne jednocześnie. Miasto Singapur jest w pełni rozwoju. Anglicy mają tu luksusowe, piękne wille. Po drodze widziałam wszystkie drzewa i owoce jak na mojej drogiej Reunion, co sprawiało, że mój spacer był jeszcze piękniejszy. Podczas gdy moje serce radowało się tym wszystkim, dusza wzlatywała do nieba, dziękując Bożej Opatrzności za to słodkie popołudnie.

Shang-haj 19.07.1890 r. Trudno mi Matko opisać emocje  towarzyszące przybyciu tutaj. Wywołała je świadomość, że postawiłam stopy na chińskiej ziemi, zroszonej krwią tyluż męczenników. Ofiarowałam także swoją, aż do ostatniej kropli, naszemu drogiemu Panu. Z pewnością On jej nie weźmie, byłoby to za wiele szczęścia, ale mam nadzieję, że mi policzy mój pot, moje ofiary, doskonały dar mnie samej, który chcę Mu ofiarować bez miary, bezpowrotnie i bez kalkulacji. Siostry św. Wincentego a Paulo przywitały nas bardzo serdecznie. Jak słodką rzeczą jest miłość. Między Hong- Kongiem a Shang –hajem przeżyłyśmy straszny tajfun, który był zwieńczeniem naszego przykrego przejazdu. To było rzeczywiście jakby uderzenie diabelskiej łapy. Myślę, że prosił i otrzymał pozwolenie, by wzniecić to ostatnie doświadczenie, przed naszym przybyciem do Chin. Zawsze i w każdym przypadku jak mu się uda przysporzyć nam dużo cierpień, nie miał on jednak pozwolenia by nam szkodzić, skoro przybyłyśmy całe i zdrowe. Będę wdzięczna, jeżeli w kościele św. Rafała zostanie odprawiona Msza św. dziękczynna za nasz szczęśliwy przyjazd.  

Nie wchodzę w szczegóły cośmy przeżyły w czasie podróży, bo to było straszne. Całe szczęście, że to należy do przeszłości a w niebie wszystko się liczy. Wszystkie czujemy się dobrze i zaczynamy dochodzić do siebie po trudach podróży. Pojutrze wieczór odpłyniemy statkiem do Han-Kow. Jeszcze kilka dni i będziemy mogły powiedzieć w prawdzie „ umrzemy światu i świat umrze dla nas”. Co za łaska mój Boże! Pojedziemy w głąb Chin i nie spoczniemy, aż dojdziemy do najdalszego zakątka Wielkiego Cesarstwa. Niektórzy mówią, że mamy 6 tygodni podróży, inni, że dwa miesiące. W Han –Kow dowiemy się dokładniej, i wtedy napiszę Matce stamtąd. Ale potem Madre mia , nie oczekuj na szybkie wieści od swojej Agnieszki. Nie niepokój się jednak. Jesteśmy w rękach Opatrzności, która czuwa nad nami. Św. Rafał nas strzeże jak również św. Dziewica. Myślę , że całe niebo zajmuje się nami w tym momencie. Tylu ludzi się za nas modli. Ojcowie musieli odjechać w południe przebrani za Chińczyków. Wszędzie spotykamy się z wielką sympatią, serdecznością i pobłażliwością. 

Shang-haj 22.07. 1890 r. Nie możemy przejechać przez Shang-haj nie zwiedzając Zi-ka-we, gdzie znajduje się wspaniałe obserwatorium Ojców Jezuitów, które każdego dnia podaje godziny w Shang-haj. Leży ono o godzinę drogi od miasta. Znajduje się tam również misja Sióstr Pomocniczek. Spędziłyśmy tam cały dzień 22 lipca. Jest mi trudno opisać, jaką wielką miłością i radością przyjęły nas te dobre zakonnice. Będąc zapowiedziane wcześniej, byłyśmy przez nie oczekiwane. Nie znałyśmy się wcześniej ale to nie miało znaczenia. Byłyśmy dziećmi jednego Ojca, oblubienicami jednego Mistrza, jesteśmy wszystkie misjonarkami. Wszystkie pożegnałyśmy tych, których kochamy, by wyrywać dusze piekłu. Jedno ciało! Och! Niech ta miłość, która jednoczy dzieci Dobrego Boga, rozwija się wszędzie, zawsze a zwłaszcza daleko od ojczyzny.

Nasze popołudnie spędziłyśmy na zwiedzaniu dzieł i podziwianiu ich. Wszystko jest dobrze zorganizowane, uporządkowane. Dzieci są bardzo liczne, zakonnice chińskie również. Na obiad zostałyśmy zaproszone do refektarza, w środku którego na łodygach bambusowych, wspinały się delikatne rośliny, dotykające sufitu. Na dole zaś rosły większe i  bardziej soczyste kwiaty. Było to bardzo piękne. Posadzono mnie koło przełożonej. Podniosłam oczy i zobaczyłem małą Madonnę Niepokalaną w środku tych kwiatów, a u jej stóp  nasz Seraficki Ojciec z rękami wyciągniętymi do Niej w postawie modlitwy błagalnej. Instynktownie, ja i moich pięć towarzyszek oglądałyśmy to ze wzruszeniem. Po radosnym Deo Gratias, czytano Pismo św.

Nic nie mówię na temat kolacji. Była prosta. Butelki piwa zrobionego przez siostry, wystrzeliwały na naszą cześć i zraszały nas, tak jak najlepsze wino z Champagne. Przy deserze usłyszałyśmy akordy Harmonium i siostry zaśpiewały nam zwrotki, specjalnie ułożone na naszą cześć z wielką miłością. Matka przełożona zaprowadziła nas do Karmelitanek, które obiecały towarzyszyć nam modlitwą, podczas naszej nadzwyczajnej podróży, która nas czekała do Chen-si. Z Karmelu poszliśmy do siedziby Ojców Jezuitów, gdzie niczego nie brakuje: muzeum, drukarnia, drukarnia obrazów, szewstwo, stolarstwo. Wszystko to mi przypomina La Ressource w Bourbon, tylko Malgaszów zastąpiono Chińczykami. W pracowni stolarskiej podziwiałam ołtarze malowane i złocone i wszystkie przedmioty potrzebne do kultu, również ze złoconego drzewa i doskonale wyrzeźbione. Dzień wydawał się za krótki i pozostawił wspaniałe wspomnienia z Seng-mon-jeu ( tak nazywa się posesja Sióstr Pomocniczek- Auxiliatrices). Gdy żegnałam się z przełożoną, wsunęła mi do kieszeni piękną figurkę ś. Jana Chrzciciela, który trzyma krzyż w swoich rękach. U jego stóp jest baranek, a on spoczywa oparty o pień palmy.  

Han-kow 29.07.1890 r.  Przybyłyśmy do Han-kow po 4 dniowej podróży Niebieską Rzeką, którą nasze siostry z Ichang przebyły przed nami. Chińczycy nazywają tę rzekę Le Yang-sey (Synem oceanu) i słusznie wybrali tę nazwę, bo jest to bardziej morze niż rzeka. Byłyśmy jedynymi pasażerami na „Pekinie”, wspaniałym parowcu angielskim, gdzie jest lepiej niż na „Messageries maritines”. Piękne kabiny z oknami na pierwszy mostek, piękny salon, drugi pomost szeroki, obszerny. Nie chcę mówić o kuchni, miałyśmy prawdziwą pokutę. Dania angielskie nie przypominają naszych. Komendant, czterech oficerów i pilot byli Europejczykami, reszta personelu to Chińczycy. Na brzegach panowała doskonała cisza, przerywana tylko od czasu do czasu przez Chińczyków, którzy mierzyli głębokość rzeki i krzyczeli co dwie minuty.

Przybywając tutaj czekała nas nowa próba. Liczyłyśmy na to, że będziemy kontynuować naszą podróż do Chen-si, ale rzeka jest za wysoka, upał coraz bardziej się wzmaga i trzeba się zatrzymać dwa miesiące w Han-kow. Pani natura wzdrygnęła się na tę wiadomość, której nie chciałyśmy usłyszeć. Podejmują nas tutaj dobre Siostry Kanoniczki z Verony. Dostałyśmy do dyspozycji wielką salę, gdzie urządziłyśmy sobie miejsce na modlitwę, sypialnię, refektarz, salę studiów i rekreacji. Przynoszą nam posiłki, robimy porządki i jesteśmy jak w swoim klasztorze.

 Han-kow 30.07.1890 r. Zapewniam Was, że Bóg mnie nie oszczędza. Przechodzę przez fazę obaw, strachu, trwogi. To jest przykre dla biednej natury. Są to kamienie węgielne domu św. Jana Chrzciciela. Jest to łaska, która zajmuje miejsce prawa. To Jezus formuje swoje dziecko. Jest to noc umierania. Diabeł chce mnie zniechęcić, ale mu się to nie udaje. Podtrzymuje mnie nadzieja dobra, które uczyni w przyszłości nasz dom. Cierpiąc zdobywać niebo jest łaską. Dziękuję Bogu za to wszystko, gdyż wiara mi mówi, że wszystko jest darem Jego miłości dla nas. Widziałyśmy dzisiaj dwa razy naszą drogą monstrancję podczas kilku minut, co było dla nas prawdziwym pocieszeniem. Tak bardzo nam brakuje jej obecności. U jej stóp zrozumiałam, ile znaczy posiadanie ziarnka gorczycy w ogrodzie Kościoła, szczególnie w Chinach. Ile cierpienia jest potrzebne do tego dzieła i jak bardzo jesteśmy niegodne, by tego dokonać. Jak jesteśmy szczęśliwe, że zostałyśmy wybrane, by tutaj przybyć. Dzielę się tymi myślami z siostrami, by im dodać odwagi.  

Han-kow 4 sierpnia 1890 r. Matko byłaś pod dobrym natchnieniem, by nie posłać młode siostry same. Biedne dzieci! Cóż one by tu zrobiły? Dobry Bóg wiedział co nas czeka tutaj, znał wszystkie trudy podróży i miał litość nad nimi, Matka również. Bóg nam się okazał jeszcze raz Ojcem. Teraz gdy jesteśmy przed wejściem do Chen-si, jestem wdzięczna  Bogu, że objawił swoją wolę, bym mogła towarzyszyć siostrom. Przypominam sobie pewne wydarzenie. Ubiegłego roku w czerwcu, Ojciec G... przybył do Marsylii bardzo chory. Jego duch, dusza, serce wydawały się bardziej chore niż jego ciało. Opowiadał swoje troski, kłopoty, trudności, które miał w Chen-si i ukazał nam tę misję w najsmutniejszych kolorach. Jednego dnia, wychodząc po spotkaniu z nim, byłam tak pod wrażeniem jego opowiadań, że spotykając po drodze Marię od Krzyża powiedziałam: Mario od Krzyża, oto misja do której nie chcę nigdy pojechać. Jakże nasz Pan wtedy się uśmiechał, widząc już moją podróż do Chin dzień po dniu.  

Podczas tego roku czerwiec 1889 - czerwiec 1890, Pan Bóg oderwał moją dusze od wielu rzeczy. Dzisiaj rozumiem, że Pan Bóg przygotował swego Poprzednika do misji w Chen-si. W czerwcu 1889 r. nie był on jeszcze gotowy, za bardzo kochał siebie, ale  w rok później mógł już wyruszyć w drogę. Wielbi dusza moja Pana, wejrzał na uniżenie swojej służebnicy, mówcie, że jestem szczęśliwa. Módl się Matko za nas i proś wszystkich o modlitwę za nas, byśmy były wierne, wierne ofierze na miarę jak przychodzi do nas, wierne na krzyżu, bo w nim znajduje się zbawienie, którego pragniemy dla dusz, które nas otaczają. Nie wysyłam Matce nic z tego co obiecałam. Nic nie mogłam zrobić płynąc niebieską rzeką. Cierpiałam na owrzodzenia w jamie ustnej. Wszystko jest dobre co otrzymujemy z ręki Boga. Siostry czują się dobrze, są trochę pod wrażeniem tego wszystkiego co słuchają podczas podróży, ale są bardzo odważne.  

Han-kow 16 sierpnia 1890 r. Nadeszła właśnie poczta z Sig-nan-fou i oto co pisze biskup. W liście do o. Vandogna, bardzo serdecznie nas wita. Po przybyciu do  Han-kow mamy mieszkać u sióstr Kanoniczek a on zapłaci za nasz pobyt. Odnośnie dalszej podróży, Jego Wielebność pragnie, byśmy ubrały stroje chińskie. Jest to trudna kwestia, ale jestem z nią pogodzona. Ułatwi to Ojcu, który nas poprowadzi, zabrać nas wszystkie razem, choć połowa nas poczeka trochę w drodze. Pierwsza trójka wyruszy wcześnie i spotkamy się ponownie u chrześcijan u podnóża góry u o. Fontania.  

 Biskup poleca nam wziąć zapasy na drogę, ze względu na nasze zdrowie. Ni podczas podróży, ni na miejscu nie będzie żadnych wygód. Jego Eminencja poleca nam również wziąć ze sobą wszystko co potrzebujemy do pracy: igły, nici, nożyce oraz to co będzie niezbędne, by nauczyć pracy sieroty. Najważniejsze w tym liście  dla mnie jest to, co dorzucił biskup na koniec: „ Jeżeli któraś, które przybywacie do Chen-si, chce powrócić za jakiś czas, gdy zostanie założona fundacja, proszę by nie udawała się w drogę, bo tu podróże są bardzo trudne dla kobiet. To mocne, napisane po włosku zdanie biskupa dotyczy mego przypadku. Jeżeli udam się na fundację, intencją biskupa jest, że nie mogę powrócić. Jest to sprzeczne z decyzją Matki, gdyż miałam powrócić w ciągu roku.  

 Gdy dotrę do Sig-non, będzie to 6 miesięcy jak opuściłam Francję. Jeżeli pojadę na fundację, będzie to decyzja przeciwna i biskupowi i postanowieniom Matki. Poczekałabym tutaj aż Matka będzie tak dobra, wysłać mi depeszę z odpowiedzią na ten dzisiejszy list. Powiedziałam o. Vandagna o Matki planach w stosunku do mnie. On również uznał, że nie mogę się udać w dalszą drogę jeżeli nie uprzedzę o tym Matki, wiedząc że biskup jest przeciwny temu, bym w ciągu roku powróciła do Europy. Trzeba co najmniej trzy lata pozostać w Chen-si, by móc potem wrócić.

O. Vandagna chce by na moje miejsce powróciła Maria od Jezusa, ale mu wytłumaczyłam, że ja nie mogę powziąć takiej decyzji. Wolę ten problem wyjaśnić i przedstawić Matce i tutaj poczekać na Matki odpowiedź. To opóźni trochę wyjazd, ale nie na długo, gdyż rzeka będzie przejezdna dopiero pod koniec września. Wkładam też kartkę z adresem. Wasz telegram może przyjść bezpośrednio tutaj. Jeszcze przed nadejściem listu od biskupa, stawiałam sobie pytanie: jak to zrobić, by powrócić w ciągu roku, widząc wszystkie trudności, które pojawiają się w czasie podróży. Dopóki droga pozostanie taka jak jest, nie możemy ani popłynąć do Sig-non, ani powrócić bez pomocy biskupa. Bo nie tylko że dał nam pozwolenie ( autoryzację ) na przejazd, ale on całą tą podróż zorganizował angażując swoich księży i świeckich chrześcijan. Będziemy tam na miejscu zablokowane i trzeba byś Matko o tym wiedziała.

Bóg dlatego pozwolił na tą dodatkową trudność, by mi dać do zrozumienia, że mnie przeznaczył na tę fundację, choć ja nic nie rozumiem. W żadnym jednak przypadku, to nie zmieni moich dyspozycji. Będę czekać pokornie przed naszym Panem, ofiarując Mu  jedyne pragnienie, by pełnić Jego wolę, by poświęcić się Jego chwale, bądź dokonując tej fundacji, bądź nie mając w niej udziału. On ma prawo mnie traktować jak chce, by mnie wziąć albo pozostawić, by się mną posłużyć albo odstawić na bok, by mnie tam poprowadzić albo w połowie drogi zmienić zdanie. Chcę z uśmiechem przyjąć każdą decyzję. A więc Matko, w tym co mnie dotyczy, bądź wolna, to co zadecydujesz przyjmę z miłością.  

Han-kow  25 sierpień 1890 r. Ogarnia mnie blady strach, że nie dotrzemy na miejsce. Nie myślę, że obrażam przez to naszego Pana, bo tak naprawdę chcę tego co On chce. Ale ten miesiąc sierpień, który już się zbliża ku końcowi, wydał mi się strasznie długi mój Boże. Wie Matka o czym często myślę? O św. Emilion i o ulicy Goff w Paryżu, gdzie jest dom Państwa Erceville. Są to dwa podobne oczekiwania w takiej niepewności! Jest jednak różnica między nimi. Tu czekamy na jedną z wielu fundacji a tam czekałyśmy na fundację Zgromadzenia.

Han-kow  9 wrzesień 1890 r. Październik posuwa się naprzód. Przygotowujemy się do dnia wyjazdu. Upały się zmniejszyły, rzeka zaczyna opadać. Myślimy, ze Ojciec poproszony przez o. Vandagna, by nas poprowadzić, przybędzie w przyszłym tygodniu. Myślę, że odpowiedź od Matki przyjdzie gdzieś około 30 września. Św. Franciszka wypada w sobotę i chyba tutaj będziemy go świętować. Wyjedziemy 6 lub 7 października. Chyba 6 października w poniedziałek. Na dzisiaj żegnaj Matko. Błogosław naszej szóstce.    

Han-kow  17 września 1890 r.  Czuję moją duszę jakby w tłoczni. Chen-si wznosi się przede mną jak Kalwaria. Jej oddalenie, izolacja mrozi mnie lękiem. Jej biskup i księża wywołują we mnie strach. Jest to godzina kuszenia i by nie ulec, nie zwieść się pokusie, modlę się dużo i pozostawiam Boskiemu Mistrzowi moją duszę, by ją złączył ze Sobą, by się stała Jego rzeczą, rzeczą dla Niego przyjemną. Mam nadzieję, że ta ciemna godzina przeminie, pozostawiając mnie bardziej mocną dzięki łasce Imienia Jezus. Dni  upływają bez większych wydarzeń. Zaczynamy każdego dnia oczekiwać na chińskiego księdza, który powinien przyjść z Chen-si, by nas zabrać ze sobą. Matko rozważ dobrze sprawę białych kostiumów na podróż. W Indiach i Chinach w czasie upałów siostry nie wkładają habitów tylko pozostają w fartuchach. Mam więc pomysł, nie wiem czy zły czy dobry, że pokolenie, które przyjdzie po nas i które będzie mniej silne niż my i nasze młode siostry dzisiaj, nie będą mogły zachowywać tych drogich nam kostiumów, w takiej formie jak myśmy je wykonały.

Han-kow 23 września 1890 r. Maria od Wcielania ma się dużo lepiej. Wczoraj wieczór miała gorączkę. Czy będzie w stanie wyruszyć w drogę w przyszłym tygodniu? Stawiam sobie to pytanie z dozą niepokoju. Co zrobię jak jej stan nie będzie zadowalający, by wyruszyć w drogę, która nas czeka?

Han-kow 29 września 1890 r.  By odpowiedzieć na Matki list, pragnę krzyczeć z daleka. Tak Matko, mam wielkie pragnienie pracować tutaj, wszędzie i zawsze jako Poprzednik. Wydaje mi się, że moja dusza otrzymała tę łaskę w Marsylii. Uważam, że jest ona wielka i mam wielkie pragnienie pozostać jej wierną. Mam nadzieję, że Dobry Bóg mnie zachowa, bym jej nie straciła. Wczoraj modliłam się w kaplicy i myśl, by pozostać w głębi Chin, tak daleko, i u stóp Tabernakulum złożyć resztę mojego życia i tam umrzeć napełniła mnie szczęściem. Czułam, że to właśnie mnie pociąga i jest częścią mnie. Poszłam więc powiedzieć mojemu Panu: Czyż nie Ty zaaranżowałeś to wszystko w ten sposób?

Nic mi nie odpowiedział, więc Mu rzekłam: Jeżeli o mnie chodzi, pozostaw mnie tutaj bym umarła i bym znikła, bym była niczym, ale o coś przeciwnego proszę dla Matki, dla Zgromadzenia, dla naszych domów w Chinach i proszę o łaskę ujrzenia jeszcze raz Matki. Nie potrafię powiedzieć ile razy w ciągu dnia powierzam się w ręce Boga, by pełnić Jego wolę, by być Jego rzeczą i czuję, że moja modlitwa jest prawdziwa. Trzeba się poświęcić dla tych młodych sióstr, to oczekiwanie tutaj jest bardzo trudne i znamy również Matko, wszystkie doświadczenia, które muszą znieść te biedne dzieci, gdy przybywają na misje.

Ile trzeba cierpliwości i miłości, by spędzić pierwsze miesiące. Tutaj prowadzimy życie Karmelitanek, między czterema ścianami. Z modlitwy przechodzimy do studiów a potem do pracy i vice versa. Upał jest straszny. Posiłki są wielkim umartwieniem. Wieczorem przychodzą po nas jak po skazańców, byśmy zaczerpnęły trochę świeżego powietrza w ogrodzie. W codzienności radość jest naszą mistrzynią i góruje nad  wszystkim. Chciałaby Matka posłuchać naszych wybuchów śmiechu, które mówią, że jesteśmy zadowolone z bycia Bożymi dziećmi i misjonarkami.

Han-kow 30 wrzesień 1890 r.  Pocztę wysłałyśmy wczoraj, ale również dzisiaj ryzykuję wysłać list, by oznajmić Matce, że dzisiaj rano przybyło dwóch mężczyzn z Chen-si przysłanych przez biskupa. Kopię listu, który mi przynieśli od Jego Eminencji wysyłam Matce. Poczta z Chen-si odchodzi jutro, myślę, że wypadałoby podziękować biskupowi i powiedzieć, że dostosujemy się do jego wszystkich poleceń. Paszporty jeszcze nie dotarły ani Matki depesza. Oczekujemy, że nadejdzie ona w każdej chwili. Tymczasem jeżeli Matka jest we Francji, na pewno się spóźni, bo musi odbyć długą drogę. Piotr służący biskupa przyszedł się z nami spotkać zaraz po swoim przybyciu. Zrobił okropny grymas widząc nasze stroje i powiedział, że się nie spodobają Chińczykom. Odpowiedziałam mu, że w Che-fou i w Ichang była taka sama reakcja, ale się do nas przyzwyczaili i teraz im nie przeszkadza. O. Vandagna mi powiedział, że mimo, że przybyli ci dwaj przewodnicy nie możemy jeszcze wyruszyć. Dopiero gdzieś za dwa tygodnie. Wybacz Matko, ze twoja cierpliwość jest jeszcze trochę wystawiona na próbę.  

Han-kow 2 października 1890 r. Święto Aniołów Stróżów. Przynieśli nam oni równocześnie i paszporty i Matki depeszę. Paszporty są w dobrej i udanej formie, francusko-chińskie, ze znaczkami Wielkiego Cesarstwa. Z nimi możemy iść na koniec Chin. Matki depesza mi ukazuje, że dobry Mistrz nie zawiódł mojej nadziei i dziękuję Matce za nią. Mamy nadzieję wyruszyć 6, w poniedziałek, gdyż nie mamy już na co czekać. Doktor powiedział, że nie jest to roztropne ze względu na Marię od Wcielenia, prosił poczekać tydzień, aż powie werdykt. Ale po piętnastym nie możemy już więcej czekać z powodu śniegu w górach. Jeszcze jeden tydzień trwogi. Niech poprzez niego Bóg będzie również uwielbiony.

Blisko Loo-Ho-Ku 3 listopad 1890 r. Za kilka godzin będziemy w Loo-Ho-Ku u biskupa Banci, Wikariusza Apostolskiego Półn. Hupe. Ta pierwsza część podróży nie trwała długo, tylko 20 dni. Przybylibyśmy szybciej, gdyby nie przeciwne wiatry, które zatrzymywały nas na całe dnie. Czujemy się dobrze, młodzież ma wilcze apetyty. Maria od Wcielenia i Maria od św. Julii dobrze gotują co ułatwia podróż. Piotr katechista jest do naszych najdrobniejszych usług. Gdyby mógł dałby nam cały wszechświat. W każdej większej wiosce, gdzie zatrzymywaliśmy się, Piotr chodzi po zakupy i wraca triumfująco z tym co dla nas zdobył dobrego według jego gustu. Naszą największą pociechą w czasie tej podróży jest uczestniczenie we Mszy św. i Komunia prawie każdego dnia. Nic nie potrafi wyrazić tej radości z tej godziny, gdy czujemy realną obecność naszego Pana między nami w malutkiej barce. Dużo się modlimy, jesteśmy bardzo radosne i czas się mniej dłuży. Spodziewamy się wieści od Matki jak dopłyniemy do Loo-Ho-Ku.  

O.Vandagna nam radził, by nie iść same do rezydencji biskupa Banci i o. Antonina Fantosati, jeżeli nikt po nas nie wyjdzie. Piotr sam pójdzie do rezydencji, by zanieść pocztę do wysłania przez pierwszą napotkaną okazję. Jeżeli zajdziemy do Loo-Ho-Ku to dorzucę kilka słów do mojego listu. Mamy jeden cierń w tej podróży ( jakiś jeden zawsze trzeba mieć). Ojciec Zenobio Zampini, jest chory w swojej barce, która płynie tuż za naszą. Zastanawiam się czy będzie mógł on kontynuować podróż? Czy nie będzie roztropniej zostawić go w Loo-Ho-Ku. Jest ciągle słaby. Zrobiłyśmy co w naszej mocy, by mu pomóc. Żegnaj Madre mia, niemożliwe by ci przesłać oficjalny list z życzeniami dobrego roku. Musiałybyśmy napisać go teraz, by dotarł na czas. Jeżeli nie otrzyma Matka od nas życzeń, to je odgadnie, nieprawdaż?

Loo-Ho-Ku 6 listopad 1890 r. Poczta do Han-kow odeszła kilka godzin po naszym przybyciu tutaj. Mamy więc nadzieję, że Matka ją dość szybko otrzyma. Gdy ojciec Fantosati ( męczennik z 1900 r.) dowiedział się o naszym przybyciu, sam przyszedł po nas. Oczekując na nas przygotował dla nas sypialnię, refektarz itp. Nie potrafię opisać z jaką miłością ten dobry Ojciec nas przyjął, jak był szczęśliwy, że nas widzi, i wszystko co w swojej delikatności wymyślił, by nam uprzyjemnić pobyt tutaj. Zachwycał się moim dobrym wyglądem i mówił, że odmłodniałam jak mnie widział 20 lat temu w Marsylii. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu na te jego słowa. Wszędzie wszyscy mi powtarzali, że jestem za stara do Chin.

Prawdę mówiąc, niczym się teraz nie martwię. Jestem w pełni szczęścia, którego moja dusza kosztuje, będąc na chińskiej ziemi i adorując Najświętszy Sakrament. Czuję, że to wewnętrzne szczęście promieniuje i to ono bez wątpienia mnie odmładza jak mówi o. Antonin. Inne mogą przybyć za nami, ale my będziemy zawsze pierwsze, by błogosławić Pana tutaj i adorować Najświętszy Sakrament, by Mu mówić o swojej miłości i wdzięczności, by zanosić nasze prośby. Przeszłyśmy do dziewic Tercjarek św. Franciszka, które zajmują się tu sierocińcem. Jest ich osiem. Jesteśmy dla nich jak anioły z nieba. Inny sierociniec jest w górach, gdzie rezyduje biskup Banci. Te dziewice podejmują nas z wielkim respektem, oddaniem i uwagą. Oddały nam swoje łóżka i pokoje i są do naszych usług. Są dla nas wielkim zbudowaniem. Mają maleńką, ubogą kapliczkę gdzie jest Najświętszy Sakrament, zostawiony specjalnie przez Ojca dla nas.

 Niech Matka wyobrazi sobie naszą radość. Nie miałam odwagi go oto poprosić, on sam odgadł jaką radość nam sprawi, pozostawiając naszego Pana z nami. Odpoczywamy u stóp Pana i przygotowujemy się na resztę podróży, która będzie najbardziej uciążliwa. Rzeka nie pozwala byśmy płynęły tą samą barką. Mamy jeszcze mniejszą bez okien i drzwi. Będziemy między Chińczykami w dymie ogniska. Dla naszego Mistrza, dla Jego chwały, za dusze Chińczyków jest to niewielka rzecz. Poczta została wysłana dla o. Tienchoko, który należy do tego wikariatu i który ma nas przyjąć za dwa dni. Ten ojciec jest niedaleko, u stóp góry, w wiosce całkowicie chrześcijańskiej.

Mam nadzieję, że prześlę stamtąd ostatnie wiadomości, bo będzie to nasz ostatni postój w tej długiej podróży. Jutro opuszczamy Loo-Ho-Ku, po pięciu dniach pobytu. Nie umiałyśmy chodzić po zejściu z barki, gdzie przebywałyśmy stale siedząc. Nasze nogi były twarde i sztywne jak bagietki. Wczoraj wieczór Ojciec przyszedł po nas i pokazał nam kaplicę  w rezydencji i ogród wokół domu. Byłyśmy zachwycone królującym tam duchem franciszkańskim, pełnym prostoty, miłości. Wszystko tam było takie naturalne.  

 Misja jest bardzo biedna. Nie mają nawet kościoła dla Chrześcijan. Ich kaplica jest mniejsza od naszej z Marsylii. W przyszłym roku o. Antonin liczy, że wybuduje kościół, co jest naprawdę konieczne. W wielkim ogrodzie oglądałyśmy z przyjemnością róże, margerytki, rezedy, powój męki Pańskiej. Ojciec miał też chmiel przywieziony z Ameryki i który kwitł, zapewniając materiał na piwo. Dał nam kilka korzeni i prosiłam, by je posłał siostrom w Han-kow, gdzie przejada nasze siostry jadące do I-Tchang-Fu. Loo-Ho-Ku to wielkie miasto z 300 000 mieszkańcami. Jest w nim 300 do 400 Chrześcijan. Mała kapliczka jest zrobiona z pagody.    

Loo-Ho-Ku 7 listopad 1890 r. Tego wieczoru, po kolacji, udajemy się w dalszą drogę, rzeką. Nasza nowa barka jest o wiele mniejsza od pierwszej i znajdziemy tu o wiele więcej umartwień. Ale żadna z nas nie jest zniechęcona i wszystkie podchodzimy do wielu rzeczy z humorem. Dobry Bóg powinien być zadowolony ze swoich misjonarek. Biskup Banci wysłał nam ekspres z gór, by nas powitać i życzyć, byśmy się czuły na jego terenie jak u siebie. Wyraża również swój żal, że nie może wyjść po nas osobiście, bo odbywa wizytę apostolską. Nigdy nie zdołam opisać Matce pełnej delikatności troski O. Antonina.

 Nasze posiłki były przygotowywane przez Chińczyka z rezydencji. Skoro on nigdy nie widział zakonnic, myślał, że nigdy nie przygotował nam dosyć jedzenia. Sądząc, że mamy nadzwyczajny apetyt, przygotowuje nam dania w połowie chińskie, w połowie europejskie w sposób bardzo apetyczny. Z deserem jest 12 dań. Tutaj uznano, że nie jesteśmy wystarczająco ubrane i szybko zakupiono nam sześć Koa-tzen ( marynarki), które można nosić na dwie strony, ozdobione galonem z szerokimi rękawami, by je włożyć na nasze ubrania, co w oczach Chińczyków będzie lepiej widziane. Tercjarki dały nam swoje ubrania, by uprać nasze. Żegnaj Matko! Dziękuję naszemu Panu i całemu Zgromadzeniu i Matce również, za szczęście, które jest teraz moim udziałem. Ciągle myślę, że to sen. Nie chciałabym nigdy rozstawać się z Tabernakulum.

Tchien-kiao-keu 6 grudnia 1890 r. Przybyłyśmy tu w końcu po 22 dniach z Loo-Ho-Ku. Ledwie weszłyśmy do barki, zastanawiałyśmy się jak sprawować Eucharystię. Było to trudne w naszej nędznej małej barce, tak niskiej, że z trudnością mogliśmy się utrzymać w pozycji stojącej. Znaleźliśmy sposób, by obniżyć podłogę, robiąc miejsce dla Ojca, który mógł stać przy podnoszeniu Hostii. Katechista Piotr kupił kilka metrów surowej bawełny, z której zrobiliśmy sufit, a nawet ośmielamy się mówić, że sklepienie. Każdego rana do tego sklepienia, uczepiałyśmy nasze szare koce, wszystkie podobne i miałyśmy małe, biedne sanktuarium, ale czyste. Ołtarz był w głębi, jeden z koców służył też za dywan. Nigdy nie zapomnę tych Mszy św., które o. Zenobio Zampini, odprawiał bardzo pobożnie, tych modlitw i Komunii w tej kruchej łodzi, która nas unosiła na rzece w tym wielkim Chińskim Imperium.

Droga była trudna i przykra, nawet niebezpieczna w miarę jak kierowaliśmy się na Północ. Często wyrastały podwodne skały, rafy, rwące strumienie wpadały i rozbijały się w korycie rzeki. Napotykaliśmy przeszkody w momentach najmniej przewidzianych. Zwykła nieuwaga wioślarzy mogła spowodować uniesienie barki przez prąd. Po obu stronach rzeki wznosiły się wysokie i pustynne góry. Ta pustka i samotność są równie wielkie jak straszne, ale trzeba to przeżyć, jeżeli chce się dotrzeć na pole bitwy, by zdobywać dusze dla Chrystusa. Nasze zapasy się niestety wyczerpały, i nic nie znajdziemy by je uzupełnić.

Nasza codzienna Msza św. dodaje nam siły by znosić głód. Ona sprawiała, że czułyśmy się wzmocnione, spokojne i nawet radosne. Dnia 20 listopada mogłyśmy się przejść trochę brzegiem, idąc za barką. Wiecie co to za radość dla więźniarek. Naniosłyśmy paproci, kwiatów, zieleni, chcąc uczcić święto Matki Bożej, które było nazajutrz- Przedstawienie Jej w świątyni. Czekało nas nowe doświadczenie. Nasza mała kaplica nigdy nie była tak piękna. Podczas dziękczynienia, siedząc z głowami w dłoniach, doznałyśmy wyjątkowego pocieszenia, gdy nagle dał się usłyszeć huk. To o. Zenobio zemdlał i upadł koło ołtarza. Zanieśli go do jego barki i podczas 10 dni był między życiem a śmiercią. Miał okropny ból głowy i wysoką gorączkę, która go nie opuszczała. Nie miałyśmy nic przeciwbólowego, by mu uśmierzyć choć trochę dolegliwości. Resztę drogi spłacaliśmy wszystkie pocieszenia, które miałyśmy w pierwszej części podróży. Z jaką  więc ulgą witaliśmy rezydencję o. Xavier, misjonarza z prowincji belgijskiej, który ewangelizuje w Tchien-kiao-keu, na krańcach Hupe Południowej.

Tchien-kiao-keu 6 grudzień 1890 r.  Pogodę mamy okropną, jakiej nie widziałam od 27 lat. Niemożliwe, by myśleć, śnić o wyjeździe. Do tego choroba o. Zenobio dodatkowo nas zatrzymuje. O. Xavier nie czuje się zdolny, by sam go leczyć, gdyż jego choroba jest trudna do wyleczenia. Przybył po nas o. Etienne, by nas poprowadzić dalej. Byłyśmy z tego powodu bardzo szczęśliwe, ale opóźniający się wyjazd sprawił, że o. Etienne powrócił bez nas do Chen-si. Nic piękniejszego jak ta samotność i pustka w której znajdujemy się teraz. Znajdujemy się na zboczu góry, u stóp której płynie rzeka i która jest otoczona innymi szczytami. Jest tu chrześcijańska kaplica, mamy Mszę św., Komunię i naszą drogą Hostię. Oto święte szczęście naszego wygnania.

O. Xavier pobłogosławił nas wczoraj Najświętszym Sakramentem. Jutro i w poniedziałek będziemy miały adorację Najświętszego Sakramentu. O.Xavier sam mam to zaproponował, co mnie bardzo uderzyło. Nasza droga Hostia chce być zdecydowanie adorowana w Hupe. Modlimy się i pragniemy tego samego na równinie. Dopiero po przejściu gór będziemy miały szczęście ujrzeć naszą drogą Hostię ponownie. O. Xavier jest Holendrem, należy do prowincji belgijskiej. Mówił nam, że biskup Bianchi też pragnie mieć siostry zakonne i chce byśmy to były my. O. Xavier prosił, bym się wstawiła z prośbą biskupa do Matki. Nie mówiłam, ze taka prośba już była przedstawiona.

Matko co za łaska być pierwszymi, by zanieść naszą drogą Hostię aż tutaj i jak często moje serce i dusza Tobie za to dziękuje. Tak naprawdę to drogo kupuję to szczęście. Upokorzeń i krzyży mi nie brakuje, ale wszystkie je błogosławię. Czuję jak bardzo Bóg mnie ukochał, z kolei ja chcę kochać tych, których On ukochał. Nie wiem co nas czeka w górach, ale wierząc w to co opowiadają różni ludzie, będziemy musiały jeszcze wiele cierpieć. Teraz czekam, aż będę to mogła sprawdzić sama a tymczasem odpoczywam wiedząc, że niebo wszystko przewidziało i wszystko policzy. Obok swego krzyża Jezus kładzie łaskę, czyż to nie powinno wystarczyć? Często zapominamy, że my powinniśmy pracować nie dla tego czasu ale dla wieczności.  

Tchien-kiao-keu 10 grudnia 1890 r.Pewien Chrześcijanin przyszedł uprzedzić o.Xavier, że idzie do Loo-ho-Ku w swoich sprawach. To jest jedna z pieszczot Boga, która pozwoliła przesłać Matce od nas wiadomości. Byłyśmy smutne wiedząc, że Matka się o nas martwi. O. Zenobio czuje się lepiej, wyszedł z niebezpiecznego stanu. Był leczony przez chińskiego lekarza o wyjątkowych zdolnościach zawodowych. Gorączka ustąpiła, ale jest jeszcze słaby. Spróbujemy wyruszyć 12 grudnia, bo jeżeli opóźnimy wyjazd, to będziemy zmuszeni poczekać do wiosny, z powodu deszczów i śniegu, które czynią góry trudne do przebycia. Biskup Banci, Wikariusz Apostolski  Południowej Hupe, na którego terenie się teraz znajdujemy, dal pozwolenie o.Xavier, by nam towarzyszył do Chen-si, jeżeli to będzie konieczne.  

To nam dodaje odwagi by podjąć podróż pomimo stanu zdrowia o. Zenobio. Organizuje się więc karawana, jest to wielkie wydarzenie. Obecność o. Xavier ułatwia wszystko. Poniesie nas dwudziestu  jego Chrześcijan. Jego bardzo inteligentny i bardzo oddany służący, który poszedłby za nim w ogień, też będzie nam towarzyszył. Jest on kucharzem i będzie nam przygotowywał posiłki. Piotr i Antoni, dwaj oddani Chińczycy przysłani przez biskupa Pagnucci, też z nami wyruszą w  drogę. Każdy wieczór, trzeba będzie się zatrzymać w jakiejś chińskiej oberży, gdzie jest tylko jedno pomieszczenie dla wszystkich.  

Będziemy mogły wkrótce naopowiadać Wam rzeczy niesłychane. Nasz chory będzie podróżował w krytej lektyce. Dla o. Xavier i dla nas są krzesła uczepione do noszów. To prymitywne, nieprawdaż? Widząc otaczające nas góry, możemy mieć trochę wyobrażenie drogi, która nas czeka. To jest straszne, ale św. Rafał nas strzeże. Mam cichą nadzieję, że dotrzemy do celu. Co za łaska, by zanieść adorację Najświętszego Sakramentu na najdalej położone krańce Chin. Jakże dziękujemy przełożonym, że nas tu przysłali. O. Antonin Fantosati opowiadał, że zeszłego roku, były prześladowania w Loo-Ho-Ku, tam gdzie odpoczywałyśmy kilka spokojnych dni. Jak bardzo Ojcowie z Południowej Hupe byli dla nas dobrzy. Biskup Banci dopełnił tę dobroć, pozwalając o. Xavier odprowadzić nas do celu podróży. Będziesz zadowolona Matko wiedząc, że młode siostry czują się dobrze, żadna po opuszczeniu Han-kow nie chorowała. Jesteśmy bardzo wdzięczne za to Bogu. Najwyższy czas, byśmy powróciły do naszego życia zakonnego. Za pięć dni będzie pięć miesięcy jak opuściłyśmy klasztor w Marsylii. To jest naprawdę długo.

Tang-uien-fang  Półn. Chen-si, 26 grudnia 1890 r. Dnia 11 grudnia, trzeba było myśleć o wyruszeniu w drogę, zostać dłużej było nieroztropnie. Ryzykowaliśmy być zablokowani przez śnieg. Sytuacja nasza była trudna. Byłyśmy bezradne. Co się stanie z naszą małą trupą tragarzy i chorym o. Zenobio wśród śniegów? Opatrzność przybyła nam na pomoc. Biskup Banci, Wikariusz Apostolski z Południowej Hupe, dał pozwolenie o. Xavier, by poszedł z nami aż do Półn. Hupe, jeżeli to będzie konieczne. Z jaką wdzięcznością przyjęłyśmy tę wiadomość. Tego samego dnia przestało padać i ukazało się błękitne niebo. Nasza karawana składała się z 18 Chrześcijan i 8 pogan, którzy byli naszymi tragarzami. Maleńka barka czekała nas u stóp góry, która dowiozła nas do Man-tchoan-koan.

Ta maleńka wioska należy do  Wikariatu Chen-si. Biskup Pagnucci, który jest jej pasterzem, ma tam jedną rodzinę chrześcijańską, która przyjmuje Ojców, jak przejeżdżają do swojej misji. Skrzynie zapasów są tam złożone, by służyły tym co udają się do Półn. Chen-si. Przybyliśmy tam nocą. Mimo ciemności ciekawscy otoczyli dom. Natychmiast jak pierwsza z nas zeszła z barki, stojący tłum rozdzielił się na dwie części, by  przepuścić nas środkiem. Piotr zaopatrzony w lampę rozpoczynał nasz pochód. Szłyśmy za nim w milczeniu, wzruszone. Ta nocna defilada miała w sobie coś imponującego. W końcu po raz pierwszy przyjęci w chińskim domu. Na środku ojciec rodziny gotował a pomieszczenie przenikał dym. Obok niego znajdował się zgrabny stolik do spożywania posiłków.

Wyjątkowy apetyt dodawał smaku posiłkom, którym towarzyszyła wielka radość. Wszystko było bardzo dziwne wokół nas. Długa fajka, która krążyła od ust do ust kobiet i którą nam zaproponowano na naszą cześć. W maleńkim pokoju bez okien i drzwi, gdzie miałyśmy spędzić noc, byłyśmy stłoczone jak śledzie. Obok była wielka świnia, która nie przestawała kwiczeć i mały osioł. Ci wszyscy ludzie z otwartymi ustami, obserwowali nas od stóp do głów, każde nasze najmniejsze poruszenie. Pożerali nas oczami. Nic nie brakowało temu malowniczemu obrazkowi. Po spożyciu posiłku, podziękowaliśmy Bogu za wszystkie Jego łaski i że nas wziął pod opiekę niebios, że możemy odpocząć trochę po podróży. Była 11.00 w nocy a nazajutrz miałyśmy wstać wcześnie. O 4.00 byłyśmy na nogach.

Pogoda była piękna. Pogodne niebo było roziskrzone gwiazdami. Było bardzo przenikliwe zimno, ale suche. Jednym słowem Dobry Bóg przygotował nam dobry dzień. Poranna modlitwa była żarliwa i krótka. O. Xavier zgromadził tragarzy, wyznaczył każdemu miejsce. Po wypiciu kawy i zjedzeniu ciasta z galaretką z pigwy, wyruszyliśmy w drogę. O. Zenobio w zamkniętej lektyce a my na krzesłach. Trzeba przybyć do Chin, by poznać ten typ lokomocji. Wyobraźcie sobie dwa długie bambusy na środku których jest mała deseczka do siedzenia. Z tyłu za oparcie służyły koce i ubrania tragarzy zwinięte i obwiązane sznurkiem. Te oparcia były też małymi sklepami, dobrze zaopatrzonymi, do których biegli ludzie ze wszystkich stron. Czyż słońce nie świeci dla wszystkich?

Na dwóch sznurkach wisiała jeszcze jedna wąska deseczka, która nie przestawała się poruszać nawet jeżeli się postawiło na nią stopy, bo nie było oparcia. Tak w ten sposób podróżowało się na barkach tragarzy. Równowaga była tu pierwszą koniecznością. I oto zagłębiając się coraz głębiej w góry, miałyśmy lód pod stopami i śnieg wokół nas. Grające w nich słońce ofiarowało naszym oczom przepiękny spektakl. Często droga przechodziła przez strumienie. Trzeba było przejść albo po mało solidnych kamieniach, albo po mostkach jeszcze bardziej ruchomych. Najmniejszy, niewłaściwy krok tragarzy, mógł nam zaofiarować kąpiel w lodowatej wodzie. Ależ nie! Ci wspaniali ludzie mają nogi specjalnie stworzone do takich dróg i przede wszystkim św. Rafał nas strzeże.

Od czasu do czasu któryś z Chińczyków potykał się, krzesło podskakiwało i nasze serca zaczynały szybciej bić. Nie miałyśmy jednak najmniejszego wypadku. Nie zapomnimy nigdy tych przejść środkiem wody między dwiema górami. Strumień ten był ściśnięty stromymi brzegami. Nad sobą widziałyśmy tylko trochę nieba, nic bardziej malowniczego. Z dwóch stron, na ogromnych wysokościach widziałyśmy naturalne groty, jedna ładniejsza od drugiej. W naszych rodzinnych krajach do podobnych grot chronili się ludzie szukający samotności. Jak te dzikie jaskinie zawieszone między niebem i ziemią, z wyrazem modlitwy i jękiem umartwień wskazują na niebo. Te naturalne schrony istnieją po to, by wprowadzając w podziw, mówić o mocy stwórczej Tego, który rozsiał piękno po całym świecie.

Nasza droga w górach była na 680 lies. Ścieżki były często nie do przebycia i około 200 z nich przeszłyśmy pieszo. Wspinałyśmy się jak mogłyśmy, albo schodziłyśmy na czworakach. Z jaką radością docieraliśmy nawet do najmniejszego równego terenu czy małej doliny. Zawsze znajdowała się tam jakaś zła oberża i mogliśmy się zatrzymać. Mężczyźni podawali sobie fajkę a my chrupałyśmy kilka kawałków suchego chleba. Na pierwszy znak o. Xavier, który był naszym generalnym szefem, karawana ruszała w drogę. Opisałyśmy wam ze szczegółami nasze krzesła. Nie myślcie , że łatwo było na nich utrzymać równowagę na siedzeniu tego pokroju. Jak ścieżki biegły w dół miałyśmy wrażenie, że spadniemy z tych krzeseł głową w dół. Jak wspinaliśmy się było jeszcze gorzej.  

 Pierwsze dni, a szczególnie nauka były bardzo pracowite, ale wprawiłyśmy się. Dobrze, by te które po nas przejadą tę drogę poznały sekret, jak utrzymać równowagę. Pierwszy ruch, gdy jest się uniesionym nad ziemią, to przyczepić się mocno dwóch bambusów na których siedzicie. To od waszych nóg zależy cała równowaga, a wasze ręce nie mają nic innego do robienia jak trzymać parasol od słońca albo różaniec. Jak wspaniale jest recytować różaniec idąc przez te piękne góry. W ten sposób spędziłyśmy 8 dni, zawsze taka sama piękna pogoda, ta sama piękna panorama z mostkami prowadzącymi w nieskończoność. Kiedy nadchodził wieczór, karawana zatrzymywała się w pierwszym udekorowanym domu, który nazywano oberżą.

Pani natura nie może się liczyć w takich okolicznościach. Nasz hotel był ruderą. Otaczali nas ludzie i oglądali nas osłupiali. Oni widzieli jedynie Europejczyków ale nigdy Europejek. Podczas gdy każdy sycił swoją ciekawość, o.Xavier zajmował się znalezieniem dla nas miejsca na spanie. By to osiągnąć, często trzeba było poprzestawiać świnie, kury, osły, woły. Wydawało się, że świnie stanowiły jakby członki rodziny. Nie było domu bez świni. Kiedy ją przestawiano z powodu nas, nie przestawała kwiczeć i gdyby umiała mówić, to z pewnością by nam złorzeczyła i przeklinała. Kury pozostawiały nam niezbyt wygodny spadek, osioł zaś upierał się przy wychodzeniu. Jedynie wół najbardziej pokojowo, dawał się wyprowadzić pod piękne gwiazdy.  

Jednej nocy spałyśmy w oborze w towarzystwie osła i wołu. Byłyśmy szczęśliwe wspominając Maryję i Józefa w stajni w Betlejem. Ci co nas pilnowali byli jednocześnie radośni i poważni. Mogłyśmy się śmiać ale nie za bardzo. Dym sprawiał, że płakaliśmy, natomiast ci co nas otaczali, pobudzali nas do śmiechu. Wiele razy wychodziliśmy przy świetle gwiazd i o brzasku dnia, więcej jak 20 lies na pieszo. Z jakim „ Hurra!” witaliśmy oberżę w której mogliśmy zjeść obiad. Ten poranny etap miał szczególne znamię. Kiedy wchodziliśmy do oberży, jej właściciel przynosił nam gorącą wodę do umycia się. Stawiał ją na ławce czy krześle, na publicznym miejscu i myłyśmy w niej końce naszych palców i czubek nosa. Zamiast kompotierek miałyśmy miseczki. Kawa była wspaniała. Tragarze zjadali straszliwe ilości makaronu albo gotowanego prosa, palili po kolei jedną fajkę i cała banda radośnie wyruszała w drogę.

Dziewiątego dnia t.z.n. 20.12.1890 r., o 8.00 rano, zeszliśmy z ostatniej góry i weszłyśmy w przepiękną dolinę, której widok przypominał nam Francję. Ostatnie promienie słońca uczyniły ten dzień jeszcze bardziej promienisty, by oświecić nasze wejście do Tong-uien-fang. Pójdziemy odszukać naszego Pana w Tabernakulum, nasz klasztor i nasze drogie ubrania zakonne. Kraj wydawał się przepiękny ale za kilka godzin stał się monotonny i bez kolorów. Ludzie wydawali się bardzo  prości   i spokojni. Najmniejsze wioski były przepełnione mieszkańcami. Nasze przejście między nimi było wielkim wydarzeniem. Dwadzieścia lies od Tong-uien-fang znajduje się rzeka Yo-ho. Ogromna tratwa o nazwie Caron od rana do wieczora przewoziła ludzi z jednego brzegu na drugi. A na niej był „pele-mele”: zwierzęta, ludzie, worki, koszyki. Kiedy schodzą z niej podróżni, handlarze z drugiego brzegu wchodzą na nią równocześnie.  

Jest to wielka przepychanka, najbardziej komiczna jaką widziałam. Mały osioł nie chciał zejść na brzeg, zapierał się nogami i nikt nie mógł go oderwać. Sześciu albo ośmiu mężczyzn go ciągnęło, ale bez sukcesu. Mandaryn w swoim wozie pojawił się między nami. Obładowane muły zajęły swoje miejsce. Mały handlarz owoców wsiadł ze swoim piecykiem i na nim przygotowywał dla podróżnych dania. Tragarze wnosili na swych długich bambusach wały bawełny, kozy i czegóż tam nie było? Prawdziwa Arka Noego. W końcu tratwa została napełniona, wszyscy ściskali się, usiłując utrzymać się na stojąco. Znak do odpłynięcia był zagłuszony przez krzyki podróżnych, którzy zostali na brzegu rzeki. Dzięki tej wielkiej tratwie, mogliśmy przepłynąć rzekę i znaleźć się u kresu naszej podróży.

Tylko co znaleźliśmy się na przeciwnym brzegu rzeki, Ojciec Europejczyk ubrany po chińsku czekał na nas. Był to O. Etienne Rouget, Franciszkanin z prowincji francuskiej. Wydawał się wzruszony i powiedział nam: „Moje siostry, przynoszę wam ojcowskie błogosławieństwo od naszego biskupa, który serdecznie was wita”. Wozy z rezydencji czekały na nas do których zaraz wsiadłyśmy. Ojcowie podróżowali konno. Przejazd trwał dwie godziny i o zachodzie słońca przybyłyśmy do Tong-uien-fang. Kto potrafi opisać uczucia tych ostatnich chwil? Na miarę gdy nasza droga zbliżała się ku końcowi, nasze dusze były podekscytowane poprzez wdzięczność i miłość, trwogę i strach. Byłyśmy u kresu naszej drogi i wszystkie w doskonałym zdrowiu. Powróciłyśmy do naszego życia zakonnego i do wszystkiego co znajdziemy w naszym domu.  

Przez cały czas naszej drogi dystans wydawał się nam niczym. Teraz zaś czujemy, że jesteśmy daleko od tego co kochały nasze serca. Czym będzie to nasze życie w głębi Chin? Jakie próby i doświadczenia nas czekają? Jakie krzyże zostały nam tu zarezerwowane, w tym odizolowanym terenie, gdzie zimno nas mroziło? Wszystkie te myśli się krzyżowały, zderzały wprowadzając nas w przygnębienie i mieszając się jednocześnie z radością. Cóż za dziwna gorycz w tej chwili tak niecierpliwie wyczekiwanej, od tak długiego czasu upragnionej? Tymczasem spostrzegamy z daleka kwadratowe wieże katedry. Przejeżdżamy szybko przez miasto Collengen, rezydencję miejscowego mandaryna i wkrótce widzimy mury Tong-uien-fang, które były w półciemności.  

Głos dzwonu na Ave Maria dotarł do naszych uszu. Zauważono nas. Nasze wozy wjechały przez wschodnią bramę do miasta. Biskup Pagnucci i jego księża oraz seminarzyści przywitali nas w kościele. Szłyśmy za orszakiem razem z chrześcijanami biegnącymi by nas zobaczyć i wchodziliśmy do tego świętego miejsca ze śpiewem Te Deum. Najświętszy Sakrament był wystawiony i doszły do głosu nasze emocje, nasze łzy popłynęły same, ale były to łzy szczęścia i radości. Pod wpływem Boskiego Słońca, które wstało by oświecić nasze przybycie, wszystkie chmury się rozproszyły. Zaufanie zajęło miejsce strachu, pokój w miejsce niepokoju. Dystans przestał się liczyć.

Odnalazłyśmy życie naszego życia, odpoczynek dla naszych serc, Przyjaciela, którym jest Jezus i to Jezus wystawiony. Po błogosławieństwie Najświętszym Sakramentem biskup poprowadził nas do sierocińca, gdzie wszystko było przygotowane na nasze powitanie. O niczym nie zapomniano. Na każdym kroku czuło się, że to serce ojca kierowało przygotowaniami. Biskup był szczęśliwy widząc nas radosne i w dobrym zdrowiu. Zjadłyśmy posiłek i po nim, po odnalezieniu naszych zakonnych strojów, które położyłyśmy przy naszych łóżkach, by je nazajutrz odnaleźć, w końcu położyłyśmy się na spoczynek, który był konieczny, po tylu trudach podróży.  

Tang-uien-fang   26 grudnia 1890 r. Jesteśmy tu od siedmiu dni. Przeprawa przez góry trwała 9 dni. Mieliśmy piękną pogodę chociaż zimną. Jesteśmy w bardzo dobrym zdrowiu. Jeżeli chodzi o mnie to słowa o. Rafała zrealizowały się co do litery. Św. Rafał mnie niósł na swoich skrzydłach i doprowadził aż dotąd. Gdyby Matka znała szczegóły tej podróży, to na pewno nie pomyślałaby wysłać jedną starą 47 letnią, jak ja. Bóg to wszystko wiedział i wiedział, że potrzebuję tej łaski. Znosiłam podróż lepiej od innych. Poprzez te, nie do opisania drogi, wszystkie spadły nie jeden raz a ja nigdy. 

Wieczorem, moje współsiostry przybywały zmęczone do oberży, a ja wcale. Maszerowałam tyle co one. Innym razem one, moje biedne dzieci nie mogły już iść dalej, a mnie się wydawało, że nie wychodziłam z mego pokoju. Rzeczywiście byłam niesiona i zaniesiona aż  tutaj. Nie potrafię wyrazić wdzięczności, jaką mam w duszy za wszystkie łaski, których Bóg mi udzielił, za to szczęście, że tak daleko od całego świata, na pogańskiej ziemi, mogłam się znaleźć u stóp Najświętszego Sakramentu. Może Matka się domyśleć jakie uczucia przepełniają nasze serca.

Jestem zmartwiona, przerażona. Tyle nowych osobistości, autorytetów do poznania, tyle nowych twarzy, fundacja daleka końca realizacji i cały orszak innych nieznanych trudności nas czeka. Trzeba przeżywać te uczucia, by je zrozumieć. Jaką radość miałam wchodząc dzisiaj do kościoła. Jeden z księży wyniósł z bocznej kaplicy Najświętszy Sakrament na główny ołtarz. To jest ta sama monstrancja, która nas przywitała i którą tak kocham. Pragnę Ją jeszcze adorować na tej chińskiej ziemi zanim umrę. Nazajutrz po naszym przybyciu, 21 grudnia, była czwarta niedziela Adwentu.    

Biskup wysłał nam o. Etienne, by odprawił nam Mszę św. w naszej prowizorycznej kaplicy. Kiedy nasz Boski Mistrz zszedł na ołtarz i znalazł się między nami, fundacja pod patronatem św. Jana Chrzciciela została dokonana. Proszę niech Matka otworzy Mszał z tego dnia i przeczyta trzeci rozdział z Ewangelii św. Łukasza. Nie mam wątpliwości, że jest to misja poprzednika. On woła na pustyni: „Prostujcie drogę Panu!” Nie można znaleźć lepszego patrona dla naszego domu. Jesteśmy rzeczywiście na pustyni, ale nasze działa i adoracje sprawią, że będzie ona pełna życia. Jakbym pragnęła innych fundacji tutaj, ale potrzebuję łaski, by nie przejmować się ich przyszłością. 

Jestem z pewnością bardzo blisko naszego domu w niebie. Jak dobry Bóg zechce, Jego wola stanie się coraz droższa każdego dnia dla mojej duszy. Chcę dobrze zrozumieć wartość tej drogi: karczować, uprawiać ugór, przygotowywać glebę, siać i pozostawić innym, by zebrali plony. Chcę tylko to czynić.

Prof. Gorges Goyau

Tłumaczenie s. Anna Siudak, fmm